Recenzja filmu Jestem Rosa (2017)
Laís Bodanzky

Bilans kwartalny w tropikach

Brazylijskie kino na polskich ekranach stoi w tym roku kobiecymi bohaterkami. Po Clarze z wyśmienitego "Aquariusa" kolejną jest Rosa. Z Clarą łączy ją niezależność, siła i klasa społeczna. Dzieli ...
Filmweb sp. z o.o.
Brazylijskie kino na polskich ekranach stoi w tym roku kobiecymi bohaterkami. Po Clarze z wyśmienitego "Aquariusa" kolejną jest Rosa. Z Clarą łączy ją niezależność, siła i klasa społeczna. Dzieli wiek – Rosa ma dopiero 38 lat. Znajduje się w przestrzeni między młodością a wiekiem średnim. Akcja "Jestem Rosazawiązuje się, gdy bohaterce na głowę zwala się cała seria kryzysów związanych z tym ostatnim.


Rosa ma ustabilizowane życie – pracuje jako copywriterka, pisząca katalogi dla firm produkujących sprzęt łazienkowy, ma męża i dwie córki. Praca przynosi pieniądze, gorzej z satysfakcją – Rosa marzy o karierze literackiej. Gdy w końcu traci pracę, odczuwa więcej lęku niż ulgi – jej mąż, Dado, pracuje jako aktywista zajmujący się ochroną rdzennych mieszkańców Amazonii, co jest tyleż szlachetnym, co kompletnie niezarobkowym zajęciem. W małżeństwie Rosy i Dado nie dzieje się zresztą najlepiej, kobieta podejrzewa męża o romans z młodą współpracowniczką, ma pretensje o to, że nie pomaga jej w opiece nad dziećmi i pracy w domu. Jakby tego wszystkiego było mało, Rosa dowiaduje się wstrząsającej prawdy o swoich rodzicach.

Reżyserka Laís Bodanzky sprawnie łączy tę mozaikę wątków. W "Rosie" dostajemy kino ciepłe, kameralne, przepełnione głębokim humanizmem i zrozumieniem dla słabości bohaterów. "Jestem Rosa" najlepiej czuje się w półcieniach i niedopowiedzeniach, unika gwałtownych amplitud emocji i nadekspresji. O trudnych, złożonych dylematach dorosłych bohaterów i bohaterek mówi w dojrzały i wyważony sposób.
Bodanzky nie próbuje przekonać widza, że sama wie lepiej od bohaterki, co robić w zawiłych życiowych sytuacjach, nie podsuwa moralistycznych recept, lojalnie obserwuje decyzje Rosy i jej bliskich. Z dużą wyrozumiałością i humorem pokazuje, że każde pokolenie popełnia te same błędy, co poprzednie, i jak efemeryczne bywają recepty na odmianę życia i świata.

Niektóre wątki są co prawda słabsze – zwłaszcza ten dotyczący ekonomicznej sytuacji rodziny Rosy. Nad pewnymi rozwiązaniami można by dyskutować, ale "Jestem Rosa" to naprawdę przyzwoite kino. Choć nie daleko mu do formalnej wymyślności i społecznego nerwu "Aquariusa".


W "Jestem Rosa" otrzymujemy kolejną wariację znanego z kina wątku: bohater lub bohaterka staje przed pokusą radykalnej zmiany swojego życia, zerwania rodzinnych więzi, nowego otwarcia, ekscytującej miłosnej przygody, prowadzącej do wyrwania z sieci małżeńskich więzów. Nowe kusi, stare męczy, a jednak wybór nie jest prosty i oczywisty. To, co jest, choć do końca nie satysfakcjonuje, nie daje się tak łatwo zostawić w imię tego, co być dopiero może.

Taki temat ukochali sobie wielcy moraliści kina na czele z Erikiem Rohmerem. W mistrzowski sposób udało się mu przedstawić go w "Miłości po południu".  Tam bohaterem był mężczyzna w podobnym do Rosy wieku. W polskim kinie temat ten podjął Krzysztof Zanussi w "Bilansie kwartalnym" – bohaterką czyniąc kobietę. Grana przez Maję Komorowską Marta rozdarta jest między rutyną małżeństwa a możliwością ekscytującego romansu z dawnym kolegą, Jackiem.

"Jestem Rosa" pod wieloma względami przypomina obraz Zanussiego. W "Bilansie" dylematy Marty od początku obarczone były poczuciem winy, wszystko w tym filmie było ciężkie, ciasne i ponure, jak zamieszkiwane przez bohaterkę mieszkanie na warszawskim blokowisku. "Jestem Rosa" oferuje nie mniej ważki moralitet w znacznie lżejszych tonach i przyjemniejszych sceneriach. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry