Recenzja filmu Until the Light Takes Us (2008)
Aaron Aites
Audrey Ewell

Blackmetalowa kołysanka

Stosunkowo niewielka liczba blackmetalowych wykonawców, którzy wzięli udział w nagrywaniu dokumentu, brak narratora, liczne nastrojowe przerywniki i pewna dezynwoltura w skakaniu po tematach na ...
Filmweb sp. z o.o.
Druga fala black metalu, powstała w scenerii i surowej, i pięknej zarazem, bo na mroźnej północy, była zjawiskiem wychodzącym poza ramy nie tylko muzyki popularnej i rozrywkowej, ale nawet tej kontestacyjnej. Jej gwałtowności, lodowatej brutalności, odrzuceniu tego, co mogłoby odznaczać się choćby pozorem ładu czy chęci przypodobania się słuchaczom, odpowiadały losy i poczynania poszczególnych wykonawców, znaczone samobójstwami, morderstwami, podpaleniami kościołów, w końcu zaś za sprawą mediów i coraz głupszych naśladowców - stygmatem satanizmu. Pewnym zaskoczeniem może być już więc sam początek dokumentu, daleki od tego iście piekielnego image'u. Spokojna, elektroniczna, niemalże kołysankowa The Ballad of the Broken Birdie Records zespołu Mum nadaje filmowi zdecydowanie impresyjno-wspomnieniowy kierunek i nawet pojawiające się później wstawki trve i kvlt black metalu, przeplatające się zresztą nieustannie z łagodniejszymi utworami, nie zepchną nas i twórców z raz obranej drogi.

W "Until the Light Takes Us" nikt nie śpieszy się do rozpraszania tej sennej, depresyjnej aury. Bez narracji z offu musimy zdać się na bohaterów dokumentu, tyle że ci w roli przewodników nie najlepiej się sprawdzają. Wergiliuszem po zimnym piekle z pewnością nie jest Gylve "Fenriz" Nagell z Darkthrone, którego co prawda widzimy w różnych lokacjach, raz w pociągu, raz w barze, raz w mieszkaniu, ale niespecjalnie skorego do dzielenia się z nami informacjami dotyczącymi przewodniego tematu. Jego wczesną anegdotkę o Norwegach stojących od siebie w sklepowych kolejkach w odległości dwóch metrów - co ma wyrażać norweski, zdystansowany sposób bycia - można wziąć za coś w rodzaju ostrzeżenia czy też raczej zastrzeżenia: "Ode mnie wiele nie wyciągniecie". I faktycznie, Fenriz nie zasypie nas gradem wiadomości, ożywia się raczej incydentalnie, impulsywnie, podsumowaniem jego wylewności jest zaś komentarz, a raczej jego brak, do wystawy reinterpretującej black metal (więcej miał do powiedzenia o BM w prowadzonych przez niego "wykładach:, które można znaleźć chociażby na Youtube). Drugim głównym wspominającym jest Varg Vikernes, odpowiedzialny za projekt Burzum, a także za morderstwo i podpalenia norweskich kościołów. O ile tło w jego przypadku raczej się nie zmienia - Vikernes odsiadywał wówczas wyrok 21 lat - o tyle w swoich wypowiedziach nie jest tak powściągliwy jak kolega z Darkthrone i odreagowuje więzienną izolację, już wtedy wychodząc poza anegdoty i snując rozważania o szerszym kontekście. W tle pojawiają się też inne postaci, jak Frost, Hellhammer czy panowie z Immortal, ale ich komentarze są zaledwie uzupełnieniem wywodów Fenriza i Vikernesa.

Stosunkowo niewielka liczba blackmetalowych wykonawców, którzy wzięli udział w nagrywaniu dokumentu, brak narratora, liczne nastrojowe przerywniki i pewna dezynwoltura w skakaniu po tematach na pewno nie czynią z "Until the Light Takes Us" dzieła o profilu encyklopedycznym, przy czym i tak bardziej nieszczęśliwi będą chyba nie ciekawscy wkraczający na terra incognita, ale zagorzali fani gatunku, dla których poziom cukru w cukrze, tj. ciekawostek w temacie i gatunkowej muzyki, będzie niedostateczny - tłumaczenia Vikernesa, że zamordował w obronie własnej i że chrześcijaństwo to rak i źródło wszystkich problemów w Europie, a także historię Deada, sklepu Helvete czy też kilkuzdaniowe omówienia najważniejszych albumów (a i to zaledwie niektórych) mają pewnie w małym palcu. Osoby, które z tą odmianą metalu nie miały dotąd do czynienia, nawet z tego dokumentu powinny jednak coś wynieść - da im on jakieś, może już mniej mgliste, wyobrażenie o tym gatunku i związanej z nim scenie. Bez względu jednak na to, czy do filmu Aarona Aitesa i Audrey Ewell przystępujemy znęceni okazją popatrzenia na cyrk osobliwości, czy też dlatego, że sami mamy czarne serca, źródłem jego ewentualnej atrakcyjności nie jest materiał informacyjny, tylko nastrojowość.

Za tę nastrojowość odpowiada przede wszystkim warstwa muzyczna dokumentu, dzieląca się czasowo na teraźniejszość i przeszłość. Przeszłość to naturalnie fenomen klasycznego BM, zimny, okrutny, zły, brutalny, niczym echo odbijający się gdzieś w tle, na drugim planie, wspominany i z kronikarskiego obowiązku, i dla oddania mu należnej chwały - przez działania pozasceniczne i wspomnienia, mniejsza o ich chaotyczne przedstawienie, włączony niemalże w sferę mitu. Kiedy go słyszymy, wiemy, że to historia. Przykrywa go woal łagodnej elektroniki i różnych eklektycznych gatunków. Ktoś mógłby powiedzieć, że to połączenie karkołomne, raczej prowadzące do demitologizacji niż odwrotnie. I rzeczywiście, jak niesie wieść gminna, niektórzy ortodoksyjni fani  BM w niebyt zepchnęli chociażby późniejsze dokonania Ulvera, obecnego w dokumencie w paru muzycznych odsłonach, m.in. w minimalistycznym, subtelnym utworze "Not saved", tutaj przykładowo wybrzmiewającym do archiwalnych ujęć palących się kościołów. Na pozór to dość ekstrawaganckie zestawienie, wydawałoby się, że obliczone na wywołanie efekciarskiego kontrastu, w praktyce - idealne dopowiedzenie historii. Na zgliszczach, które pozostawił po sobie BM, snuć się może tylko nić melancholii, a za nią pytania "dlaczego?", "jaki to miało sens?" i "czy warto było?". To klimat sprzyjający narodzinom zupełnie innych uczuć i postaw, już nie agresji i frustracji spowodowanej życiem w idyllicznym i pustym otoczeniu, ale wyciszeniu i kontemplacji.

Nie jest to związek ścisły, bo i muzyka, która go tworzy ma już bardziej uniwersalny charakter - do wspomnianego Ulvera, Mum czy instrumentalnego utworu Burzum, którego długiej nazwy litościwie nie przytoczę, dałoby się opowiedzieć również coś bliższego naszemu sercu, ale faktem jest też, że z Norwegią w tle i historią BM dźwięki te prezentują się bardziej intrygująco. Taki już chyba urok zimnej północy, że jest kompatybilna i z tym, co epickie czy brutalne, i z tym, co subtelne, wyciszone. I chociaż "Until the Light Takes Us" może razić chaotycznością i brakiem pomysłu, to przez muzyczny wybór jest w stanie uzyskać pewną uczuciową spoistość. Za mało, żeby dokument ten nazwać dobrym, ale wystarczająco dużo, żeby się spodobał czy nawet urzekł.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Macabre
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)