Recenzja filmu Bliżej (2004)
Mike Nichols

Bliżej znaczy Dalej

Jeśli chcesz wiedzieć, jaki jestem i dlaczego taki jestem, obejrzyj ten film - tak zdaje się krzyczeć pokolenie 30-letnich singli. Młodzi recenzenci dostrzegają w najnowszym obrazie Mike'a ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bliżej (2004)
Jeśli chcesz wiedzieć, jaki jestem i dlaczego taki jestem, obejrzyj ten film - tak zdaje się krzyczeć pokolenie 30-letnich singli. Młodzi recenzenci dostrzegają w najnowszym obrazie Mike'a Nicholsa znakomite odbicie świata, w którym poruszają się na co dzień. Często przy tej okazji wspomina się o wielkim powrocie Nicholsa (co jest nie prawdą, bo nigdzie nie zaginął, niechaj ''Barwy kampanii'', telewizyjny ''Dowcip'' czy miniserial ''Anioły w Ameryce'' będą tego dowodem) oraz dokonuje się paraleli między ''Bliżej'' a najbardziej znanym obrazem tego reżysera - ''Absolwentem''. Ben Braddock, wspaniale zagrany przez debiutującego wówczas Dustina Hoffmana, był pod koniec lat 60. symbolem młodzieńczego buntu przeciw regułom i konwenansom wytworzonym przez hermetyczny świat amerykańskiej klasy średniej. Pokolenie, o którym opowiada Nichols w ''Bliżej'', już się nie buntuje. Być może spojrzeli wstecz i dostrzegli, że kontestacja rzadko przynosi prawdziwe rezultaty (jak mawiał Jonasz Kofta: ''Czy coś na świecie się zmieni, gdy z młodych gniewnych powstaną starzy wkurwieni?''), zauważyli że pokolenie buntowników z czasem nabiera cech, przeciw którym jeszcze niedawno protestowało (vide ''Marzyciele'' Bertolucciego), albo też świat, jaki zastali, jest zbyt atrakcyjny, aby się przeciw niemu buntować. Czwórka głównych bohaterów - Dan (Jude Law), Anna (Julia Roberts), Jane vel Alice (Natalie Portman) i Larry (Clive Owen) bardziej przypomina znudzoną panią Robinson, niż samego Bena. Nie ustępują mu tylko w niepewności i zagubieniu oraz samotności, która rodzi się z niemożności znalezienia wspólnego języka z człowiekiem, który jest taki sam jak ty.

30-latkowie ad 2004 to ludzie nie potrafiący przekroczyć granicy między słodką i beztroską młodością, a wymagającą wyrzeczeń dorosłością. Balansują raz w jedną, raz w drugą stronę, jednak robią to tak niezgrabnie, że w całej tej dziwacznej sytuacji sami się gubią. Najlepszym tego przykładem jest znakomita scena dialogu Dana z Larrym w gabinecie dermatologicznym. Dan na początku mówi o seksie, po chwili rozpoczyna tyradę na temat miłości, a w ciągu dalszej wymiany zdań oba te terminy się mieszają i podobnie jak sam bohater i nie wiemy, czy mówiąc "seks" ma na myśli "miłość" czy jedynie zaspokojenie fizycznych potrzeb.

Seks jest zresztą tematem większości rozmów bohaterów i, co nie dziwi, już dawno przestał być on tematem tabu. Seks krąży w tym filmie wokół głównych postaci, stanowi spoiwo relacji między każdym z nich. Nawet między Larrym a Danem, wszak jak by nie patrzeć poznają się w czasie rozmowy o wyuzdanych fantazjach erotycznych każdego z nich. Jedna z pierwszych rozmów Alice z Anną dotyczy Dana jako męskiego przedmiotu pożądania. Nie ma w seksie niczego nagannego, bynajmniej, lecz traktowanie go tylko i wyłącznie jako hobby, jako wypełniacza wolnego czasu jest sygnałem niepokojącym. Być może w erze masowej konsumpcji i aprobowanego przez wszystkich voyeuryzmu seks przestał być sprawą intymną, prywatną, a stał się zamiast tradycyjnego ''Mamy dziś ładną pogodę, nieprawdaż?'' sposobem na nawiązywanie nowych, najczęściej przelotnych, znajomości? Być może też, nasi bohaterowie - dzieci kapitalizmu, wykorzystują najbardziej im znane, najbardziej powszechne medium, aby w sposób jak najbardziej niezauważalny ukryć przed sobą i innymi własną pustkę emocjonalną i samotność? Mówimy o "wolnych związkach", a myślimy o stabilizacji i rodzinie, mówimy o seksie - myślimy o miłości. Jesteśmy pokoleniem zakłamanym i tchórzliwym, własne kompleksy ukrywamy po płaszczykiem pewnego siebie yupee wciągniętego w wir kariery, a strach przed samotnością sprawia, że wpływamy w rzekę kolejnych przelotnych znajomości, rzadko kończących się trwałym związkiem, bo nie pozwala nam na nie strach przed byciem opuszczonym. Jest w tym pokoleniu jeszcze większy lęk przed jutrem niż w generacji ledwo wiążących koniec z końcem naszych rodziców.

O tym wszystkim opowiada nam prawie 80-letni Mike Nichols. Nie poucza jednak, nie moralizuje. Nie mówi, co jest dobre, a co nie. Z właściwą sobie wrażliwością stawia przed nami lustro i pyta "czy to, co widzisz, satysfakcjonuje cię?''. Reżyser nie oczekuje masowej odpowiedzi, przedmiotem jego zainteresowania jest, jakże to dzisiaj nie modne, odporna na chwilowe trendy jednostka. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (58 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie