Recenzja filmu Body/Ciało (2015)
Małgorzata Szumowska

Body mnie całe ciało

Małgorzata Szumowska serwuje nam nieprzerobione polskie cierpienie w pigule. Robi aluzje do śmierci Zdzisława Beksińskiego, sprawy Madzi z Sosnowca, sporów światopoglądowych: a to o aborcję, a to ...
Filmweb sp. z o.o.
Podobno Brazylia nie jest tak zobojętniona na ból i cierpienie jak Polska. Tak przynajmniej twierdzi grana przez Maję Ostaszewską Anna, która przytacza statystyki na to, że w Ameryce Południowej dużo ufniej niż u nas podchodzi się do medycyny ezoterycznej. Brazylijczycy – sugeruje bohaterka – nie wypierają swoich traum, nie zaniedbują duszy. Za to odważnie egzorcyzmują demony i godzą się z duchami zmarłych. A Polacy wręcz przeciwnie. W swoim "Body/Ciele" Małgorzata Szumowska serwuje nam to nieprzerobione polskie cierpienie w pigule. Robi aluzje do śmierci Zdzisława Beksińskiego, sprawy Madzi z Sosnowca, sporów światopoglądowych: a to o aborcję, a to o pochodzenie Jezusa. Ten rutynowy przegląd gorących tematów jakoś jednak nie boli. Bo "prasówka" Szumowskiej to jedynie koloryt, drugi plan, scenografia, a nie markowane społeczne zaangażowanie. Poza tym film jest naprawdę dobry.

photo.title
 
Koniec końców broni się nawet dziwna tytułowa hybryda. Nie chodzi w niej przecież tylko o zabieg promocyjny, o to, że polski film pokazywany w konkursie Berlinale powinien nazywać się jakoś tak światowo, po angielsku. Szumowska faktycznie opowiada o dualizmie ciała. Z jednej strony jest ciało namacalne, z drugiej – astralne. Z jednej fizyka, z drugiej – metafizyka. Anoreksja sąsiaduje tu z filozofią New Age, portret somy w rozsypce z ezoterycznymi dywagacjami. Nakłada się na to jeszcze symbolika Wielkanocy, zmartwychwstania; dosłownego (trup znad Wisły) lub mniej dosłownego (relacja ojciec-córka). Ale zamiast napinać się w protekcjonalnej manierze, zamiast mydlić oczy efekciarskimi wykrętami – a zdarzało się to jej w przeszłości – Szumowska stawia na konkret. Żelazna konsekwencja narracyjna plus zdrowy dystans do tematu? Oto znaki autorskiej dojrzałości.
 
photo.title

Konflikt dwóch pierwiastków rozpisany jest tu na pojedynek postaw, starcie pary bohaterów. W lewym narożniku: Prokurator (Janusz Gajos). Ciało to dla niego trup, zwłoki w najróżniejszych stanach spoczynku oglądane na co dzień w pracy: a to wisielec na gałęzi, a to niemowlę w sedesie; ewentualnie resztki zmarłej żony w zniszczonej przez wadliwą kanalizację trumnie. Świąt nie obchodzi, a ze spraw duchowych najbliższy jest mu spiritus w butelce wódki. W narożniku prawym: terapeutka Anna. Po śmierci synka odkryła w sobie talent do komunikacji z zaświatami. Podczas leczenia dziewczyn z zaburzeniami odżywiania, seansów spirytystycznych czy nawet zwykłej jazdy windą kobieta utrzymuje kontakt ze sferą bezcielesnych bytów. Leczy dusze, widzi duchy. Jest jeszcze Olga (Justyna Suwała): anorektyczka, niedoszła samobójczyni, córka Prokuratora, która staje między cynicznym mężczyzną a natchnioną Anną. Dziewczyna chora na ciele i duszy.

 
Kiedy podobne symetrie robią się zbyt symetryczne, do głosu zazwyczaj dochodzą stereotypy. Szumowska jednak zmyślnie rozluźnia gorset dętej alegorii, daje bohaterom margines wolności od symbolizowania czegokolwiek. Momentem przełomowym filmu jest scena, w której postać Ostaszewskiej pozwala sobie na autoironię. To absolutne zaskoczenie: natchniona Anna wykpiwa gębę szalonego medium, którą zwykła przybierać. Świetne zagranie ze strony reżyserki. Bohaterowie – bogatsi o umiejętność śmiania się z siebie samych – mogą przekroczyć wówczas pozy "cynicznego prawnika", "świętoszkowatej wariatki", "samobójczej mimozy". Oczywiście, swoje trzy grosze dokładają aktorzy. Ostaszewska obcięła włosy, zmyła makijaż, Gajos obnosi starość z zawiesistym ciężarem gatunkowym, Suwała balansuje na granicy "alternatywnego" piękna i chorobliwej brzydoty. Ale to całe "body" jest nie tylko wzniosłe lub podłe. Może być też zabawne, frywolne, bezpretensjonalne. Scena tańca Ewy Dałkowskiej (która gra przyjaciółkę Prokuratora) w rytm "Śmierci w bikini" Republiki to instant classic polskiej kinematografii.

photo.title
 
Połączenie podejścia "nie ma zmiłuj" z głęboką empatią dla bohatera przybliża nieco Szumowską do Ulricha Seidla. Ale reżyserka nie goni na oślep za kinem światowym, dialoguje też z polskimi tradycjami. Z jednej strony odsyła do romantyzmu: duchów, cmentarzy, upiorów i atmosfery niesamowitości. Z drugiej zaś wyraźnie odcina się od psującej powietrze w naszych szkołach filmowych świątobliwości późnych Kieślowskich czy Zanussich. Nie miota się jak przedtem od pomysłu do pomysłu z nadzieją, że złożą się one w jakąś całość. Pewną ręką prowadzi aktorów, choć każdy jest z innej parafii: operujący półcieniami Gajos, ostrożnie groteskowa Ostaszewska, fascynująco surowa debiutantka Suwała. Opowiada spokojnie obrazem, elipsą, niekoniecznie słowem, i precyzyjnie dopina główne wątki w finale. Trzeba dodać: w finale zasłużonym – a nie, jak ostatnio ("W imię"), doklejonym dla hecy. Gdy nadchodzi "ten" moment (poznacie, który), są nawet tak zwane "ciary". Prawdziwe ciary na prawdziwym ciele.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (348 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)