Recenzja filmu Slumdog. Milioner z ulicy (2008)
Danny Boyle

Boylewood

"Slumdog. Milioner z ulicy" odbierany może być różnie, w zależności od tego, na jakiej bazie oprzemy jego percepcję. Jeśli podejdziemy do niego zbytnio po europejsku, może nam się wydać ...
Filmweb sp. z o.o.
"Slumdog. Milioner z ulicy" odbierany może być różnie, w zależności od tego, na jakiej bazie oprzemy jego percepcję. Jeśli podejdziemy do niego zbytnio po europejsku, może nam się wydać infantylną, czasami naciąganą do granic możliwości opowieścią, o stopniu naiwności odpowiednim dla gimnazjalisty. Jeśli przyjmiemy szersze spojrzenie, zahaczające o kinematografię hinduską, to "Slumdoga" możemy uznać za ciekawy eksperyment, flirt angielskiego reżysera Danny'ego Boyle'a z Bollywoodem.

Z naszej szeroko pojętej kultury filmowej zaczerpnął on interesujący pomysł na fabułę oraz atrakcyjną narrację. Jamal, główny bohater, 18-letni młodzieniec bez wykształcenia, wywodzący się ze slumsów Bombaju, przechodzi jak burza przez popularny teleturniej "Milionerzy", ściągając tym samym na siebie podejrzenie oszustwa. Przesłuchiwany brutalnie przez policję przedstawia po kolei źródła odpowiedzi na poszczególne pytania. Okazuje się, że jego nauczycielem było bezlitosne życie, zaznaczając w pamięci przełomowe momenty, które dały młodzieńcowi odpowiedzi na pytania z "Milionerów". Tym samym zaznajamiani jesteśmy z niełatwym życiem wychowanka slumsów.

Boyle sprawnie zmiksował odrębne bieguny kina, prozaiczną, brutalną produkcję filmową z bajkowym, opartym na wszechwładnej miłości, kinem hinduskim. Gdy tę zamierzoną mieszankę dostrzeżemy, inaczej zinterpretujemy nieprawdopodobne, kiczowate zwroty akcji, prowadzące do siebie ukochanych. O świadomym zastosowaniu takich środków dowiadujemy się na końcu, gdy Boyle już niemal cytuje Bollywood, ukazując sporą grupę ludzi tańczących synchronicznie do hinduskiej muzyki.

Tyle tyczy się samej treści, która bez wspomnianego niejako przypisu angielskiego reżysera, zginęłaby w tłumie, rażąc niejednego widza swoją naiwnością. Inną sprawą jest rewelacyjna forma, jaką ta opowieść przybrała. Świetne zdjęcia, zarówno te detaliczne, jak i panoramiczne robią wrażenie żywymi barwami, eksponując efektowną brzydotę ubogich dzielnic Bombaju. Skomponowanie ich z hinduską muzyką pozwala na podziwianie samej wierzchniej warstwy utworu bez konieczności angażowania się w jego zawartość. Oczywiście, aby 120 minut przed ekranem minęło niezauważalnie należy dać się porwać opowieści, co by o niej nie mówić, wciągającej.

Ludziom, niewychylającym swoich upodobań filmowych poza repertuar multikin, pozwoli zasmakować potężnego ilościowo kina hinduskiego, ciężko dostępnego w naszej kulturze. Nietrudno zrozumieć dlaczego, biorąc pod uwagę czas trwania tych produkcji, niejednokrotnie dochodzący do czterech godzin oraz to, że znaczną część tego czasu stanowią tańce i śpiewy jedynie zacytowane w "Slumdogu".

Łącząc niejako "Miasto Boga" z "Czasem słońce, czasem deszcz" Danny Boyle stworzył film dla wszystkich, ale w tym wypadku dla wszystkich nie oznacza dla nikogo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (42 głosy).
jjarek
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)