Recenzja filmu Ja, Olga Hepnarova (2016)
Petr Kazda
Tomáš Weinreb

Chłodnym okiem, z zimną krwią

Seans przypomina zaliczanie scen, które powinny być fragmentami gęstych sekwencji. Pozostają wyrwanymi z kontekstu sytuacjami. Gmatwanina wątków ważących tyle, co wata cukrowa na patyku, jest ...
Filmweb sp. z o.o.
Olga (Michalina Olszańska) nie chce wstać z łóżka. Nie ma ochoty iść do szkoły. Nie dogaduje się z matką. Najchętniej popełniłaby samobójstwo, ale brak jej silnej woli. Zamiast tego dostaje kilka kopniaków w brzuch od koleżanek z akademika. Dorasta, ale się nie zmienia. Cały czas przypomina nieufne, zranione zwierzę. Kolejne prace zmienia jak rękawiczki. Wykonuje głównie męskie zajęcia: zatrudnia się w składzie opon, w myjni, jeździ ciężarówką. Nosi krawaty, a na randki woli chodzić z dziewczynami. Nie umie jednak zaangażować się w żaden związek. Relacje Olgi z ludźmi są luźne, pełne chaosu i autystyczne. Debiutujący w pełnym metrażu Tomás Weinreb i Petr Kazda budują świat przedstawiony filmu "Ja, Olga Hepnarova" tak, jak ich bohaterka mogłaby go pamiętać – z fragmentów rozmów, sytuacji i obrazów. 

Weinreb i Kazda przenoszą na ekran historię, którą Czesi od lat starają się zamieść pod dywan. Olga Hepnarova to dziewczyna, która w 1973 roku wjechała ciężarówką na przystanek tramwajowy. Dwanaście osób zostało rannych. Osiem zginęło na miejscu. Oldze udało się dokonać zemsty. Za co? W filmie wyjaśnia nam wprost, choć byłoby lepiej, gdyby wynikało to z opowiadanej na ekranie historii. Niestety biografia Hepnarovej przerosła nie tylko społeczeństwo przerażone konfrontacją z horrorem, ale i scenarzystów. Mozaikowość narracji jest intrygującym pomysłem, ale realizacyjnym niewypałem. W skrawkach opowieści zlepionych bez ładu i składu ani nie kryje się tajemnica, ani nie ma dramaturgii. Uwagę przyciągają wyłącznie czarno-białe zdjęcia Adama Sikory i kreacja Olszańskiej. Hepnarova to postać zbudowana ze spojrzeń i gestów. Jej charakter, lęki i problemy z tożsamością ujawniają się w przygarbionej postawie ciała, którą przyjmuje Olszańska. U podstaw takiej gry leży duża inteligencja, która podpowiada, jak w niebanalny sposób zamienić ciało w narzędzie opowiadania o emocjach. Historia Hepnarovej spoczywa na barkach młodej aktorki i bez jej wsparcia w żaden sposób by się nie obroniła.

Twórcy filmu chcieli za to obronić Hepnarovą przed społecznym osądem. Starali się pokazać dziewczynę, której nikt nie próbował zrozumieć i której nikt nie umiał pomóc. Sportretowali frustrację i momenty, w których przeradza się w ona agresję. O dziwo tych chwil w filmie Weinreba i Kazdy jest za dużo. Seans przypomina zaliczanie scen, które powinny być fragmentami gęstych sekwencji. Pozostają wyrwanymi z kontekstu sytuacjami. Gmatwanina wątków ważących tyle, co wata cukrowa na patyku, jest słabością historii, która wymaga precyzji w stawianiu kluczowych pytań. Nieudzielanie odpowiedzi a porzucanie rozpoczętych wątków to dwie różne rzeczy, między którymi twórcy filmu zdają się nie widzieć różnicy. Zadziwia, że w fabule, która powinna opowiadać się niemal sama, największy problem sprawia prowadzenie spójnej, przyczynowo-skutkowej narracji.

Emocje w Hepnarovej też nie rosły w izolacji, były efektem jej relacji ze społeczeństwem. Pytanie tylko, jakie ono było w latach 70.? Jakie miało słabości, w jakie stereotypy wierzyło? Rozwiązła seksualnie, ale pozbawiona pielęgnowanych w 1968 roku nadziei na lepsze jutro Praga jest w czeskim debiucie jedynie bladym tłem dla wydarzeń i dramatów, które sama powinna ewokować. Czy naprawdę dziewczyny podrywało się w knajpach na jedno skinienie i bez problemu wchodziło z nimi w lesbijskie relacje? Uderza brak researchu w tym temacie, który twórcy wałkują przez połowę filmu, pokazując jedno rozstanie i kilka przelotnych związków. Żaden z nich nie służy jednak wprowadzeniu drugiej kobiecej postaci na tyle silnej, by mogła wejść w rolę ekranowej partnerki Hepnarovej – kochanki z krwi i kości, przyjaciółki, antagonistki. Kogokolwiek, kto mógłby zaognić konflikt Olgi ze światem, utrudnić poszukiwanie tożsamości lub przeciwnie – otoczyć ją odrobiną realnej czułości, która dla zdystansowanej kobiety byłaby pewnie równie trudna do zniesienia jak jawna niechęć otoczenia. Opcji opowiedzenia historii czeskiej morderczyni było mnóstwo. Wykorzystano najprostszą. Szkoda. Zawiódł scenariusz, nie pomogła reżyseria. O Oldze lepiej przeczytać książkę, a film o niej potraktować jak showreel Olszańskiej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 47% uznało tę recenzję za pomocną (89 głosów).
Anna Bielak
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)