Recenzja filmu Kasyno (1995)
Martin Scorsese

Chłopcy z kasyna

Na pozór "Kasyno" z 1995 roku jest bratem bliźniakiem powstałych pięć lat przed nim "Chłopców z ferajny". Ten sam pan za stołkiem reżysera, ci sami scenopisarze. Nawet dwaj aktorzy z ferajny z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Kasyno (1995)
Już po raz drugi Martin Scorsese reżyseruje film gangsterski, w którym główną rolę, a jakżeby inaczej, gra Robert De Niro, tym razem fabuła filmu skupia się w tytułowym kasynie. Pochodzący z największego miasta stanu Illinois Amerykanin wyznania judaistycznego, Sam Rothstein, zwany "asem", na polecenie mafii zostaje właścicielem kasyna Tangiers w światowej stolicy hazardu - Las Vegas. Na miejscu poznajemy jego koleżkę - Nicky'ego Santoro (Joe Pesci). To właśnie między tymi panami podzielono narrację, tak więc, raz słyszymy statecznego De Niro, aby już za moment posłuchać wytykającego wszystkie brudy hazardowego półświatka Pesciego. Trzecią, kluczową postacią jest Ginger McKenna, w której Sam dość szybko się zauroczył. Nic dziwnego, w końcu gra ją piękna jak nigdy przedtem (i potem) Sharon Stone. W czasie, kiedy Ace zaczyna żywić do Ginger coraz większym uczuciem, coraz bardziej wdaje nam się w oczy hardy charakter Nicky’ego.

Jak nie trudno się domyślić, aktorstwo w "Kasynie" stoi na wysokim poziomie. Na największe oklaski zasługuje Stone. Gwiazda "Nagiego instynktu" po raz wtóry pokazała, że role drapieżnych kobiet opanowała do perfekcji. Sharon po prostu uwodzi widza, niczym jej postać pracowników kasyna. Oczywiście dobrze też wypadli De Niro i Pesci. Ta dwójka jest jak dawny koszykarski duet, Steve Nash-Amar’e Stoudemire. Niby wiemy, mniej więcej, czego się spodziewać, a i tak za każdym razem jesteśmy zachwyceni. Nie da się jednak ukryć, że powtórzenia, zwłaszcza ze strony De Niro, momentami nudzą. Owszem, to wciąż genialny obraz mobstera i hazardzisty, ale to, co tyczy się niestety większości ostatnich ról Roberta – to nic nowego. Podobnie jest z Pescim. Santoro to po prostu kolejne wcielenie Tommy’ego DeVito z "Ferajny". Nicky jest jednak bardziej energiczny od swojego brata bliźniaka. Przekleństwa do tego gościa pasują tak jak czarno-niebieska koszulka Interu Mediolan do Javiera Zanettiego. 

Spisali się nie tylko aktorzy. Kunszt reżyserski potwierdza tu Scorsese. To, co jednak w "Kasynie" najlepsze, to zdecydowanie scenariusz, ten zdominowany przez monologi głównych bohaterów brzmi po prostu rewelacyjnie. Fenomenalne są także dialogi okraszone bluzgami i przekleństwami. Komu, kto "Kasyno" obejrzał, nie zapadły w pamięć arcymistrzowskie sceny z nogami na stole, grą Nicky’ego w blackjacka czy spotkania Sama i Nicky’ego na pustynnym odludziu? Scenariusz w tych scenach był w prost wyborny. Podobny scenariuszowy schemat słyszymy przecież w "Wilku z Wall Street" Martina. Egzamin zdali także pozostali członkowie ekipy, Robert Richardson zrobił świetne zdjęcia. Montaż, jak to zazwyczaj u Thelmy Schoonmaker, stał na wielkim poziomie. To, co w filmie intrygujące, to brak specjalnej muzyki. Nikt jej do filmu specjalnie nie napisał. Są jednak rockowe klasyki. Tak więc usłyszymy tu m.in. "Satisfaction" Rolling Stonesów, "Nights in White Satin" The Moody Blues, czy "House of the Rising Sun" Animalsów.

Po raz kolejny Scorsese współpracował z Nicholasem Pileggim, który najpierw napisał o tych zdarzeniach historię, a następnie był współautorem scenariusza. Tak jak w przypadku "Chłopców z ferajny" i tu te wszystkie sytuacje miały swoje miejsce w historii, tak więc – Sam Rothstein to naprawdę Frank Rosenthal, Ginger McKenna to Geri McGee, a Nicky Santoro to Anthony Spilotro, a kasyno Tangiers to kasyno Stardust.

"Kasyno" to pozycja obowiązkowa dla fanów kina gangsterskiego i twórczości Scorsese. Jeżeli nie zraża was przesadna przemoc i częste wulgaryzmy, zachęcam serdecznie do obejrzenia tego filmu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
RustyRyan
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)