Recenzja filmu Ruiny (2008)
Carter Smith

"Ruiny" proponują nam bezpretensjonalny standard. Całość oplata zagęszczająca się atmosfera osaczenia i narastającego szaleństwa.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ruiny (2008)
Amerykańskie małolaty generalnie mają pecha. Co z tego, że dorastają w dobrobycie, jak są na tyle głupie i rozwydrzone, aby w każdym horrorze robić za padlinę. Tym samym ekrany co roku spływają krwią młodych jurnych przygłupów, którzy w swoim debilizmie zamiast siedzieć grzecznie w domu i oglądać FOX TV, wyruszają na wycieczki po kraju lub co gorsza za granicę. A przecież ogólnie wiadomo, że kraina rączych koni i hot-dogów otoczona jest ze wszystkich stron wrogami i dzikusami, którzy o niczym innym nie marzą, jak utłuc kilku naiwnych jankesów. Fauna to fauna, a jest jeszcze przecież równie groźna flora.

Tym razem grupa amerykańskich turystów udaje się za namową pewnego Niemca do Meksyku. Jak wiadomo Meksyk to kraj, wobec którego amerykanie mają mieszane uczucia. Z jednej strony tania, siła robocza napędzająca kapitał, z drugiej – zagrożenie dla tożsamości "rodowitych" mieszkańców. Tym razem autochtoni posiadający sugerowane związki z Majami pokażą sympatycznej dziatwie, co to jest sfera chroniona. A jakby tego było mało, wszystkiego dopełni tajemnicze pnącze, które jak już kogoś oplącze, to koniec na amen. W ten sposób "Ruiny" to nie tylko etnocentryczny obrazek, ale i poradnik młodego ogrodnika "jak sobie poradzić ze śmiercionośnym chwastem".

Powiedzmy sobie szczerze, film Cartera Smitha żadnym przełomem w kinie grozy nie jest. Nie dzieje się tutaj nic niespodziewanego, nic co przekraczało by ramy gatunku, czy też jakiejkolwiek gry w jego ramach. "Ruiny" proponują nam bezpretensjonalny standard. Jedynym wyjątkiem jest fakt, że to co zwykle dzieje się w mroku, tu w dużej mierze rozgrywa się w blasku słońca. Całość oplata zagęszczająca się atmosfera osaczenia i narastającego szaleństwa.

"Ruiny" mają ten atut, że są krótkie i całkowicie bezpretensjonalne. Na widzów, zamiast psychola z tasakiem, czeka banda majów, a przede wszystkim śmiertelne pnącze. Jako że jeden z bohaterów chce być lekarzem, zamiast krwawych masakr mamy amputacje nóg finką i rozgrzaną patelnią oraz wyciąganie kawałków pnącza spod skóry. Być może potencjał całej tej historii był dużo większy. Ktoś mógłby chcieć zabawić się w alegorie lub pogłębić psychologię bohaterów. Smith na szczęście nie zdecydował się na żaden z tych zabiegów, dzięki czemu spragnieni krwi mogą spędzić niecałe dziewięćdziesiąt minut w klimatyzowanej sali bez bólu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (103 głosy).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie