Recenzja filmu Kuso (2017)
Flying Lotus

Ciężki gnój

Chociaż Flying Lotus nie miał jeszcze okazji pochwalić się swoim dzieckiem poza obiegiem festiwalowym oraz własną piwnicą, "Kuso" cieszy się (nie)sławą jednego z najbardziej obrzydliwych filmów w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Kuso (2017)
Chociaż Flying Lotus nie miał jeszcze okazji pochwalić się swoim dzieckiem poza obiegiem festiwalowym oraz własną piwnicą, "Kuso" cieszy się (nie)sławą jednego z najbardziej obrzydliwych filmów w dziejach kina. A ja się z tą opinią zgadzam, bo wiele na ekranie widziałem, ale na pewno nie faceta posuwającego zaropiały i opowiadający sprośne żarty wrzód na szyi swojej dziewczyny. 

Tematyka z grubsza cielesna, analno-fekalna, kurs na południe: koprofagia, nekrofilia, monstrualny karaluch wyłaniający się z odbytu, sperma rozsmarowywana na zawrzodzonej twarzy, szaszłyk z prącia. Wszystko w zaskakująco klarownej jak na taką jazdę formule filmu nowelowego; sklejone z czterech anegdot o oszpeconych ludziach, którzy próbują ułożyć sobie życie w świecie po zagładzie, wywołanej tajemniczym trzęsieniem ziemi. Raz będzie to karmiony zarobaczoną zupą i obsypany bąblami chłopiec, który próbuje wyrwać się ze szponów apodyktycznej matki. Kiedy indziej aspirująca raperka, prowadząca dyskusję z łypiącą z muszli klozetowej głową gwałciciela-pedofila. To znów jedząca beton Azjatka, która rusza na ratunek dziecku do samego piekła i kończy jako zrośnięte organami z innym podróżnikiem gigantyczne jelito. Są jeszcze szczęśliwie zakochani, czyli ona, on i ten trzeci – klnący na czym świat stoi i domagający się fellatio wrzód. Także no. 

Psychodeliczne interludia zamieniają poszczególne wątki w obdarzone własną dramaturgią miniatury, jednak trudno – przynajmniej za pierwszym razem – dostrzec w tej papce jakiekolwiek ciało stałe. Podczas narkotycznego tripu słyszymy hasła-klucze, widzimy obrazy ludzi zmagających się z własną seksualnością, głupiejących do granicy absurdu mediów i biedaków odzieranych z podmiotowości, co musi przecież złożyć się na jakiś rodzaj manifestu. Ale myślę, że nikogo nie obchodzi tu ani krytyka "cywilizacji śmierci", ani efektowna metafora informacyjnego szumu, który nas otacza – moim zdaniem "Kuso" jest po prostu niezłym odpałem, relacją z podświadomości faceta jednocześnie zmęczonego i rozbawionego absolutnie wszystkim. Nie wiem też, czy da się ten film komukolwiek opowiedzieć, a tym bardziej polecić, bo zbyt wiele zależy od odporności na samą konwencję – jeśli nie wkręcicie się, widząc aborcję ilustrowaną ścieżką dźwiękową z "Mortal Kombat", nie wkręcicie się wcale.

Ja się wkręciłem. Flying Lotus, w cywilu Steven Ellison, raper, didżej, filmowiec i alpinista, zebrał ekpię ludzi zdolnych i rozmiłowanych w szeroko pojętej transgresji – od legendy psychodelicznego funku, George'a Clintona, po komika-surrealistę Hannibala Buressa. Wyciąg z ich wrażliwości robi piorunujące wrażenie. To z jednej strony popis erudycji, awangardowa zabawa z inspiracjami sięgającymi filmowego ekspresjonizmu, a z drugiej – wypad pod kopułę gromu, w głąb umysłu zatwardziałego użytkownika 9gaga, tumblra i bóg wie czego jeszcze. Kolażowe animacje rodem z filmów Monty Pythona idą ramię w ramię z cronenbergowskim body horrorem, baśń w stylu braci Grimm flirtuje z "Różowymi flamingami" Johna Watersa, a poetyka wideoklipu wchłania bohaterów surowego dramatu społecznego. Na ścieżce dźwiękowej też niezły Meksyk, gdyż FlyLo zaprosił do współpracy Akirę Yamaokę, świetnego japońskiego kompozytora, autora muzyki do kultowego cyklu gier "Silent Hill", a także Aphex Twin, którego przedstawiać nikomu nie trzeba – a przynajmniej nie fanom elektronicznego gradobicia i zdeformowanych płodów o twarzach starców. Ośmiobitowe sample, melodyjki ze stocku, dżingle z gier wideo, ambientowe modlitwy – mówiąc krótko, rozgrzana lutownica w lewym uchu, wiertarka udarowa w prawym. 

Ktoś mógłby zadać głupie pytanie, po co to wszystko. I za odpowiedź musiałyby posłużyć kadry z programów telewizji śniadaniowych, hollywoodzkich produkcji o superbohaterach oraz artystycznych eposów o rolniku i jego kozie; słowem: ze wszystkiego, czym "Kuso" nie jest i czemu przeciwstawia się tak radykalną formą. Kiedy już z głową wielkości księżyca i flakami zawiązanymi na supeł dotrwacie do napisów końcowych, nie będziecie zapewne bogatszymi ludźmi. Nie będziecie wiedzieć też więcej o Ameryce, o dyskryminacji i o wszystkich wątkach, które gdzieś tam sobie w tym szambie płyną. Ale na pewno będzie dla Was jasne, że kino powstało po to, by spełniać nasze zachcianki – nawet jeśli z niektórych z nich nie zdajemy sobie sprawy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (40 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry