Recenzja filmu Marlina: Zbrodnia w czterech aktach (2017)
Mouly Surya

Cicha zemsta

Jeden z motywów filmu można też czytać jako przewrotny hołd dla "Dajcie mi głowę Alfredo Garcii" Sama Peckinpaha, cały scenariusz zaś opowiada historię, która spokojnie mogłaby się znaleźć w ...
Filmweb sp. z o.o.
Kino z Indonezji nie gości często na naszych ekranach. "Marlina: Zbrodnia w czterech aktach" to rzadka okazja, by zapoznać się z produkcją, pochodzącą z kinematografii, która w ciągu ostatnich trzech, czterech lat przeżywa rozkwit zarówno w kraju (świetne wyniki wśród rodzimej publiczności), jak i w międzynarodowym obiegu festiwalowym. "Marlina" pokazana została najpierw w Rotterdamie, następnie w niezależnej sekcji w Cannes – tytuł przyjeżdża do Polski otoczony aurą festiwalowej konsekracji.


"Marlina" wpisuje się także w szczególnie silnie rezonujące dziś tematy: seksualnej przemocy wobec kobiet, patriarchalnej opresji, wreszcie kobiecego gniewu i zemsty. Pierwszy akt ustawia nam już stawki opowieści. Jesteśmy na indonezyjskiej wyspie Sumba – położonej na wschodnich krańcach Indonezji, archaicznej, wiejskiej części kraju. Do ubogiej chaty wdowy Marliny podjeżdża niemłody motocyklista i wprasza się do środka. Żąda dla siebie gościny, jedzenia i picia. Zapowiada, że za chwilę zjadą się tu jego koledzy i zabiorą wszystko, co posiada wdowa. A następnie, "jeśli starczy czasu", zgwałcą ją jeden po drugim. Co kobieta powinna potraktować, kontynuuje mężczyzna, jako swój szczęśliwy dzień. W końcu jest jeszcze młoda, a zmarły mąż nie jest w stanie zaspokoić jej potrzeb.

Ten przerażający, klaustrofobiczny i przemocowy początek staje się dla reżyserki Mouly Suri punktem wyjścia do opowieści o kobiecej furii, zemście i upodmiotowieniu. Gatunkowo "Marlina" przypomina western. W drugim akcie z ciasnej chaty tytułowej bohaterki przenosimy się w krajobrazy Sumby, przepięknie sfotografowane w panoramicznych kadrach – nieodległych od tych znanych z Dzikiego Zachodu. 

Jeden z motywów filmu można też czytać jako przewrotny hołd dla "Dajcie mi głowę Alfredo Garcii" Sama Peckinpaha, cały scenariusz zaś opowiada historię, która spokojnie mogłaby się znaleźć w którymś z filmów Quentina Tarantino. Marlina jest filmową siostrą Panny Młodej z "Kill Billa" czy kobiet z drugiego aktu "Death Proof", wspólnie rozprawiających się Kaskaderem Mikiem. 


Jednocześnie "Marlina" jest tak odległa od estetyki Tarantino, jak to tylko możliwe. Nie ma tu puszczania oka do widza, zabawy kinem, nieustannego gadulstwa zachwyconego własną błyskotliwością i elokwencją twórcy. U Suri zemsta rozgrywa się w ciszy. Reżyserka tworzy film, posługując się estetyką art-housowego, neomodernistycznego kina. Kręci w długich, statycznych ujęciach. Eksplozje przemocy rozrywają wyciszone, usypiające sceny, w których nic się pozornie nie dzieje. 

"Marlina" to trzeci film indonezyjskiej reżyserki. Jestem pewny, że nie ostatni, na jaki warto zwrócić uwagę. W "Marlinie" udaje się jej bowiem bezbłędnie dokonać twórczego przywłaszczenia i subwersji dwóch zachodnich tradycji filmowych: gatunkowego kina ze Stanów i europejskiego modernizmu. Łącząc western ze slow cinema, "Marlina" opowiada o indonezyjskiej rzeczywistości. Sięgając po najbardziej genderowo "męski" gatunek – western – zmienia go w platformę dla upodmiotawiającej, kobiecej opowieści. Emocjonalnie działającej także nad Wisłą.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 43% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry