Recenzja gry Aragami (2016)

Cienie Zniszczenia

Aragami zostaje wbrew własnej woli przywołany z krainy śmierci i cienia do świata żywych. Odpowiedzialna za to Yamiko, eteryczna i istniejąca pomiędzy światami dziewczyna, w rzewnych słowach ...
Filmweb sp. z o.o.
  • platformy: PS4 Aragami (2016)
Bardzo często trudno jest mi dostosować się do nałożonych przez twórców skradanek ram. Pamiętam, jak wielką porażką zakończyła się dla mnie próba przejścia trylogii "Splinter Cell" na PS3 i ile siarczystych przekleństw rzucałam w trakcie skradanych etapów w "Horizon: Zero Dawn". Z drugiej strony w takim "Dishonored" czy "Metal Gear Solid" skradanie sprawia mi czystą przyjemność i nie mogę wręcz doczekać się kolejnej zagwozdki do rozwiązania. 


Z lekką obawą podchodziłam do produkcji hiszpańskiego studia Lince Works. "Aragami" reklamowane było jako duchowy spadkobierca "Tenchu", z którym swoją drogą też nie mam najlepszych wspomnień. Dlaczego wzięłam na warsztat prawie dwuletnią grę? Przekonały mnie przede wszystkim wizualia oraz to, że twórcy postanowili wydać DLC rozszerzające fabułę z podstawowej wersji opowieści o mściwym duchu.

Aragami, bo o nim mowa, zostaje wbrew własnej woli przywołany z krainy śmierci i cienia do świata żywych. Odpowiedzialna za to Yamiko, eteryczna i istniejąca pomiędzy światami dziewczyna, w rzewnych słowach przedstawia protagoniście cel jego tymczasowego wskrzeszenia. Jak to zwykle w tego typu opowieściach bywa, na horyzoncie majaczy sylwetka wielkiego złego, a naszym zadaniem jest ocalić piękną i nadobną niewiastę z okowów niewoli armii światła – Kaiho. Z kolei w dodatku "Nightfall" wcielamy się w rolę asasynów Hyo i Shinobu, którzy poszukują tajemniczego Alchemika.

Wydarzenia w grze obracają się wokół odwiecznego konfliktu pomiędzy światłem a mrokiem. Kierowana przez nas postać regeneruje swoje moce, zlewając się z zacienionymi miejscami. Przebywanie w pełnym słońcu, a nawet w blasku płonącej pochodni powoduje, że nasz morderczy potencjał zostaje osłabiony. Do dyspozycji bohatera zostaje oddany wachlarz umiejętności pozwalających na radzenie sobie z przebrzydłym światłem. Osłona cienia pozwala na teleport w inne zacienione miejsca. Gdy go zabraknie, możemy sami wytworzyć jego plamę umożliwiającą szybsze przemieszczanie się. Napotkanych przeciwników traktujemy mrocznymi kunaiami, tworzymy dziury zasysające ich w nicość, przywołujemy też cieniste bestie pożerające ze smakiem tych, którzy wejdą nam w drogę. 


Jeśli już o przeciwnikach mowa – część skradanek przewiduje w swoich mechanikach dwa równorzędne style rozgrywki. Możemy spokojnie, po cichu prowadzić działania dywersyjne albo po prostu wjechać na pełnej i rozwalać przeciwników w drobny mak. W "Aragami" ciężar przerzucono na ten pierwszy wariant. Owszem, można otwarcie stawić czoła Kaiho, ale z reguły kończy się to szybką pacyfikacją. Nasz mściciel rozpływa się w nicość od pojedynczego ciosu mieczem lub strzały. Wrodzy żołnierze szybko zauważą ciało kompana leżące gdzieś pod drzewem wiśni. Błyskawicznie zabiją na alarm i sprowadzą nam na głowę istny armagedon. Dlatego też nasz ninja unika bezpośredniej konfrontacji i najlepiej odnajduje się w bezszelestnych akcjach. Ułatwieniem jest fakt, iż patrole poruszają się po z góry ustalonych ścieżkach, niespecjalnie przejmując się tym, że liczba towarzyszy maleje niczym w książkach Agathy Christie. Nie są jednak totalnymi idiotami. Bez problemu dostrzegą nas, jeśli zdecydujemy się przycupnąć na krawędzi cienia. 


Umiejętności cienistego wojownika sprawdzimy na 13 półotwartych planszach (plus 4 w dodatku). Po drodze przemierzymy cmentarze, porty, lasy, świątynie i twierdze. Tylko od nas będzie zależało, jaką ścieżką podążymy do zaznaczonego na mapie celu. Czy przemkniemy po dachach, eliminując wrogich łuczników czy też wybierzemy wariant naziemny i omijanie siepaczy. Wszystko utrzymane w cel-shadingowej grafice przywołującej na myśl klasyczne japońskie malowidła. Mimo iż nigdzie nie pada informacja o tym, że akcja gry toczy się w Japonii, skojarzenia z nią nasuwają się same. Charakterystyczna zabudowa, dialekt wzorowany na japońskim, stylizacja postaci, wszystko to przywołuje na myśl ojczyznę "Tenchu".

Można narzekać, że niektóre tekstury wołają o pomstę do nieba, twórcy jednak tłumaczą to ograniczonymi zasobami na stworzenie takiej gry, jaką założyli sobie w pierwotnym planie. I do mnie to tłumaczenie trafiało przez pewien czas, aż okazało się, że przeciwnicy są w stanie ciachnąć Aragamiego przez ścianę. Dwa lata od premiery i wciąż nie rozwiązano takiej głupoty… Co więcej, plansze potrafią się glitchować w sposób uniemożliwiający dalszą grę. Jakby tego było mało, Kaiho zaskakiwali pojawianiem się znikąd. Niejednokrotnie mignięcie w pozornie puste miejsce okazywało się tak naprawdę wskoczeniem do jaskini lwa. Ot, gra doczytuje przeciwników dopiero w bliższej odległości od bohatera. 


Zaskakującą rzeczą dla niektórych może być też brak zaimplementowania skoku. Aragami nie wskoczy na przeszkodę, nie podciągnie się na krawędzi, a wejście na skrzynię/belkę odbywa się tylko i wyłącznie za pomocą teleportu. Można się do tego przyzwyczaić, aczkolwiek w grze trafiają się dwie-trzy sekwencje, w których rwałam włosy z powodu braku możliwości skakania.

Największą łyżką dziegciu będzie tutaj informacja o dodatku Nightfall. Zgodnie z zapewnieniami Lince Works, przejście dodatku powinno zająć nam jakieś 5-6 godzin. Jak wielkim rozczarowaniem było dla mnie zobaczenie napisów końcowych po niespełna 1,5 godziny. Owszem, nie zajmowałam się zbieraniem dostępnych znajdziek, jednak nawet z nimi czas potrzebny na ukończenie gry nie przekroczyłby 2-3 godzin. Zwoje zbierane w podstawowej wersji gry pozwalały na rozwijanie postaci. Katany Nisshoku z "Nightfall" mają znaczenie tylko i wyłącznie kolekcjonerskie, gdyż od początku gramy predefiniowanymi postaciami, których rozwój w dalszej części gry jest zablokowany. Nawet intrygująca historia nie jest w stanie usprawiedliwić ceny, jaką wymyślili sobie twórcy za sam dodatek. Tym bardziej że wydają go prawie dwa lata po premierze głównej odsłony.


Czy warto dać szansę "Aragami: Shadow Edition"? Tak, jeśli nie mieliście styczności z tą grą wcześniej. To pozycja idealna dla fanów "Tenchu", czy też "Mark of the Ninja". Czy kupować sam dodatek? Zdecydowanie nie, chyba że trafi się na wyprzedaż. Wydaje się, że twórcy nie mieli za bardzo pomysłu na kontynuację swojego pierwotnego pomysłu, dlatego zdecydowali się na zapchajdziurę w postaci DLC. Wielka szkoda, gdyż przez te dwa lata można było stworzyć dużą, pełnoprawną kontynuację.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Anna Rogala
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)