Recenzja filmu Po tamtej stronie (2017)
Aki Kaurismäki

Człowiek z Aleppo

Twórca trzyma niby rękę na pulsie współczesności, ale robi to na własnych warunkach. Reżyser poprzysiągł swego czasu, że nie nakręci nigdy filmu kamerą cyfrową – i dotrzymuje słowa. Dzięki temu ...
Filmweb sp. z o.o.
W pierwszej scenie "The Other Side of Hope" główny bohater dosłownie wyłania się z góry węgla. Góra znajduje się w ładowni stojącego w porcie statku towarowego, bohater otrzepuje więc ubranie i czym prędzej schodzi na ląd – jak się okazuje – fiński. Zaczyna snuć się po ulicach, umorusany od stóp do głów, z czarną twarzą, niczym uosobienie Tego Obcego, koniecznie takiego pisanego wielkimi literami. Efekt jest surrealistyczny, zupełnie jakby mężczyzna spadł na ziemię z kosmosu albo faktycznie jakimś cudem narodził się w tej kupie kamieni. Choć kilkukrotnie w drogę wchodzą mu lokalni "patrioci", prześladujący go za bycie "żydkiem" (!), w rzeczywistości jest on Syryjczykiem, uchodźcą z Aleppo. Bingo. Film Akiego Kaurismäkiego debiutuje na festiwalu w Berlinie i z marszu wpisuje się w ton politycznego zaangażowania, z jakim kojarzona jest impreza. Ale Kaurismäki nie jest reżyserem, który lubi stosować wielkie litery, nawet przy takich słowach jak "Obcy". Nie powinno więc dziwić, że "The Other Side of Hope" przynosi bardzo autorski, zupełnie nietypowy wariant "kina z sumieniem". 
 
Twórca trzyma niby rękę na pulsie współczesności, ale robi to na własnych warunkach. Reżyser poprzysiągł swego czasu, że nie nakręci nigdy filmu kamerą cyfrową – i dotrzymuje słowa. Dzięki temu ziarnisty obraz z taśmy 35 mm pozwala zasnuć świat "The Other Side of Hope" mgiełką patyny. Efekt jest taki, jakbyśmy oglądali jakiś zaginiony szlagier z lat 70. Nie chodzi tylko o fakturę obrazu, wszystko jest tu jakieś niedzisiejsze. Zgoda: bohaterowie używają komórek, oglądają aktualne wiadomości w telewizji. Ale policjant, gdy już zdejmie proszącemu o azyl uchodźcy odciski przy pomocy podłączonego do laptopa skanera, zabierze się do spisywania danych osobowych na… maszynie do pisania. Wokół roi się od przedpotopowych fryzur i ciuchów, a kiedy zaglądamy do jakiejś restauracji, odżywają upiorne wspomnienia o jadłodajniach sprzed lat. Już sam idealizm, jakim przesiąknięty jest film, trąci postawą nie z tej epoki. Kaurismäki podejmuje temat z pierwszych stron gazet, pozostając przy tym sobą.

W "The Other Side of Hope" pełno zresztą powidoków z filmografii twórcy. Postać outsidera błądzącego po nieznanym mu świecie mieliśmy w "Człowieku bez przeszłości". Dotknięty amnezją mężczyzna stawał się tam obcym w obcym kraju. Zupełnie jak Khaled (Sherwan Haji), syryjski uchodźca, który wysiada w fińskim porcie, bez papierów i bez znajomości języka. Sam wątek "portowy" odsyła oczywiście do "Człowieka z Hawru". Tamten film opowiadał z kolei o tym, jak obywatel Zachodu wyciąga pomocną dłoń do uchodźcy. "The Other Side…" podobnie: Khaled zaczyna zadomawiać się w Finlandii dzięki wsparciu niejakiego Wikströma (Sakari Kuosmanen), byłego sprzedawcy koszul, obecnie świeżo upieczonego restauratora. Syryjczyk jednak znalazł się w kraju w zasadzie przypadkiem i, jak sam mówi, chętnie by z niego wyjechał. To postawa, która łączy go z całym szeregiem Kaurismäkowskich postaci, zawsze marzących o lepszym świecie gdzieś hen, poza Helsinkami. Rodem z "uniwersum" reżysera jest też muzyka. Co krok jakiś uliczny grajek piłuje tu rock’n’rollowy kawałek retro.
 
Finlandia z "The Other Side of Hope" nie przypomina jednak skandynawskiego raju; to raczej dziwaczny kraj zaludniony przez mało rozgarniętych – choć przeważnie sympatycznych – ekscentryków. Reżyser piętnuje lokalne grzeszki: duże i małe, instytucjonalne i mentalne. Fińscy urzędnicy uznają konflikt w Aleppo za niezagrażający życiu obywateli i nie dający podstaw do udzielenia azylu. Po helsińskich ulicach krążą bojówki patriotów-troglodytów w czarnych skórach, którzy pałują każdego, kto wygląda trochę inaczej od nich. Restauracja Wikströma próbuje załapać się na modną kuchnię Wschodu, ale robi to w myśl kanciastych narodowych stereotypów. W tym narodowym autoportrecie czuć posmak mea culpa, jakie Kaurismäki wypowiada w imieniu naszej części świata. Sęk jednak w tym, że ten kulawy, fajtłapowaty Zachód z punktu widzenia ruin Aleppo i tak jawi się niczym ziemia obiecana. Kontekst robi różnicę.

Dlatego też fabuła filmu biegnie – do czasu – dwutorowo. Na zmianę śledzimy perypetie Khaleda i Wikströma. Pierwszy traci kontakt z siostrą, zagubioną gdzieś między granicami kolejnych państw. Drugi opuszcza żonę w jakimś zrywie kryzysu wieku średniego. Pierwszy ciuła grosz do grosza, żeby przetrwać. Drugi wygrywa w karty grubą sumkę i bawi się w przedsiębiorcę. Pierwszy ma problemy pierwszego świata, drugi – świata drugiego, trzeciego, ostatniego. Chwyt narracyjny – oczywiście banalny. I bardzo niebezpieczny. Tego typu retoryka bywa przecież mieczem obosiecznym, grozi czarno-białymi uproszczeniami. Nie tym razem.

Kaurismäki – zgodnie z tytułem – pokazuje "drugą stronę" zaangażowanego kina. Daje nadzieję, że możliwa jest ucieczka od propagandowych klisz, które nieraz – w bardzo słusznym celu – bardzo nas emocjonalnie szantażują. Fiński reżyser nie wywiera na nikim presji. Zamiast wpychać nam w gardło emocje, zachowuje kamienną twarz. Jego aktorzy grają beznamiętnie, wręcz robotycznie, jego kamera stoi w miejscu, filmując mało ponętne wnętrza i banalne czynności. A emocje i tak się pojawiają. Okazuje się, że gag nie musi krzyczeć "jestem śmieszny!", dramat nie musi epatować swoim dramatyzmem. Kaurismäki pozwala nam ocenić we własnym sumieniu, na spokojnie, które z ekranowych absurdów są raczej zabawne, raczej smutne czy raczej wołające o pomstę do nieba. Przekonuje przy tym, że odruchy sumienia powinny być czymś zwyczajnym, naturalnym. W epoce pojedynków na to, kto kogo bardziej przekrzyczy – bezcenne. Filmowa polityka bez małostkowego posmaku felietonu? Bingo. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry