Recenzja filmu Złe mamuśki 2: Jak przetrwać święta (2017)
Jon Lucas
Scott Moore

Czcij matkę swoją

Złe mamuśki powracają po zaledwie rocznej przerwie, a wraz z nimi cały legion panów z kalkulatorami oraz rozległą wiedzą na temat rozsądnych stóp zysku. Z badań rynku wyszło, że wprawdzie wakacje ...
Filmweb sp. z o.o.
Złe mamuśki powracają po zaledwie rocznej przerwie, a wraz z nimi cały legion panów z kalkulatorami oraz rozległą wiedzą na temat rozsądnych stóp zysku. Z badań rynku wyszło, że wprawdzie wakacje można sobie darować, ale święta Bożego Narodzenia to już nie w kij dmuchał – mamusiek ma być jeszcze więcej i mają być jeszcze gorsze. Tak oto, z mało szlachetnych pobudek, powstał całkiem udany sequel kasowej komedii. Film, który szarżująca obsada oraz rozentuzjazmowani scenarzyści zamieniają w rzecz nie tylko zabawną, ale i artystycznie usprawiedliwioną. 


Tytułowe bohaterki – tercet umęczonych gospodyń domowych, które poświęciły wolność i wiatr we włosach na ołtarzu rodziny – wciąż cierpią katusze z powodu ograniczeń narzuconych przez patriarchalną kulturę. Ilość masek, które muszą przywdziać, i ról społecznych, które przyszło im odgrywać, przyprawia o coraz większy ból głowy, w dodatku na horyzoncie majaczą święta – czas terroru i walki na gołe pięści w centrach handlowych. Doświadczone przez wydarzenia z poprzedniego filmu, gdzieś pomiędzy jednym wypiekiem a drugim, dziewczyny postanawiają wrzucić pod choinkę granat i zobaczyć, co się stanie. Tym razem jednak wróg jest liczniejszy i lepiej zorganizowany. Kiedy ich matki wkraczają na scenę z mocnym postanowieniem zadośćuczynienia świątecznej tradycji, karuzela absurdu rozkręca się na całego. Zaś z mało oryginalnego punktu wyjścia pączkuje niegłupia opowieść o pragnieniu życia na własnych warunkach. 

Pokoleniowe starcie pomiędzy bohaterkami sprowadza się albo do słownych utarczek, w których nagle eksploduje czyjeś ego, albo do slapstickowych przepychanek, w których ktoś zalicza glebę, albo – to najczęstszy przykład – do konkurencyjnych pomysłów na spędzanie wolnego czasu (na zasadzie opera i "Dziadek do orzechów" kontra park rozrywki z trampolinami i basenami pełnymi styropianowych kulek). Te ostatnie sceny są wyjątkowo bolesne, z jakiegoś powodu zawsze przybierają formę kiczowatego teledysku, w którym króluje zwolnione tempo. Na szczęście, film jest w dużej mierze rubaszną komedią charakterów, a wszystkie członkinie obsady grają bez pudła. Doskonałe są Susan Sarandon i Kathryn Hahn w tandemie niedojrzałych rebeliantek. Świetna jest Kristen Bell w roli zapiętej pod szyję i tłumiącej emocje neurotyczki. Lecz całe show i tak kradnie weteranka Broadwayu Christine Baranski. Wyobraźcie sobie pełen zestaw kabotyńskich bohaterów "Mody na sukces" w jednym, wiecznie napiętym ciele. Jej Ruth to chodzące spiętrzenie kompleksów – z całym arsenałem wyniosłych gestów, wrodzoną pogardą dla klasy średniej oraz apodyktycznym usposobieniem. 


Żarty polegające na romantycznych wyznaniach przy depilacji odbytu to tutaj dobry, komediowy fundament i jeżeli twórcy czymś grzeszą, to raczej ich nierównym poziomem. W swoich najlepszych momentach film przypomina, że spoglądanie na święta przez pryzmat narzucany przez media oraz konsumpcyjną kulturę stoi w sprzeczności z chrześcijańską ideą. Ale zanim zaczniemy się na dobre zastanawiać, co na miejscu bohaterek zrobiłby Jezus, zaraz dostajemy sucharem, zwolnionym tempem albo linijką dialogu, od której więdną uszy. Ta nierówna, reżyserko-scenariopisarska forma sprawia, że trudno odkryć prawdziwe serce "Złych mamusiek". A to na moje oko opowieść o tym, że pępowinę odcina się przez całe życie. Kiedy wreszcie – w serii rozczulających, "konfesyjnych" scen – na jaw wychodzą tłumione latami uczucia, córki przestają walczyć z matkami, błędy rodzicielek okazują się wynikiem strachu przed samotnością, a każda postać nagle staje się wielowymiarowa, jest już trochę za późno. Okej, wiem już, jak przetrwać święta. Teraz chciałbym się dowiedzieć, jak doczekać kolejnych i nie zwariować. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły