Recenzja filmu 24 godziny po śmierci (2017)
Brian Smrz

Dead Man Killing

W czasach wypożyczalni wideo byłby to z całą pewnością wielki przebój. Dziś z dumą mogłaby go pokazywać każda platforma streamingowa. Duży ekran jest jednak okrutny i w porównaniu do takich hitów ...
Filmweb sp. z o.o.
Brian Smrz zna się doskonale na kinie akcji. Jest w końcu kaskaderem z wieloletnim doświadczeniem. Nic więc dziwnego, że kiedy wziął się za reżyserię "24 godzin po śmierci", to nakręcił wzorcowy film tego gatunku. W czasach wypożyczalni wideo byłby to z całą pewnością wielki przebój. Dziś z dumą mogłaby go pokazywać każda platforma streamingowa. Duży ekran jest jednak okrutny i w porównaniu do takich hitów jak "John Wick" czy "Atomic Blonde", film wypada blado.


 Jak w każdym szanującym się akcyjniaku, tak i tu fabuła wygląda, jakby skopiowano ją z koszmaru przerażonego schizofrenika. Zgodnie z tradycją główny bohater przeżywa wewnętrzne katusze w związku z rodzinną tragedią. Kiedy jednak jego kumpel przychodzi z ofertą dobrze płatnej pracy, facet decyduje się na powrót zostać płatnym zabójcą na usługach Złej i Wszechwładnej Korporacji. Wyrzuty sumienia sprawią, że zamiast zlikwidować pionka w grze o większą stawkę - chińską agentkę z Interpolu - daruje jej życie. Takie błędy lubią się mścić i już chwilę później bohater jest trupem. Co zaskakujące, to jednak dopiero początek filmu. Jak bowiem przystało na Złą i Wszechwładną Korporację, posiada ona niedostępne zwykłym śmiertelnikom możliwości, w tym technikę ożywiania zmarłych. Bohater zmartwychwstaje, ale jest jeden haczyk: korporacja nie chce go utrzymać na tym świecie zbyt długo i po upływie 24 godzin jego ciało podda się procesowi rozkładu. Pytanie, jak bohater wykorzysta ostatnie godziny swojego życia, jest oczywiście retoryczne.


Fabuła filmu jest absurdalna, przewidywalna i pełna dziur logicznych. Smrz wie jednak, że fani gatunku nie oczekują kunsztownie opracowanej intrygi i pogłębionych portretów psychologicznych. I zapewnia im dokładnie to, czego oczekują. Historia pędzi więc w ekspresowym tempie do przodu, są pościgi, walki wręcz i strzelaniny. Wszystko to zrobione w starym stylu. A kiedy dochodzi do rozlewu krwi, to reżyser w ogóle się nie patyczkuje - krew tryska jak ze szlaucha. "24 godziny po śmierci" jest prawdziwą orgią brutalności, którą ogląda się jeszcze lepiej, ponieważ reżyser wie, jak ją pokazać. Doskonale wyczuwa momenty, kiedy zwolnić, a kiedy iść na całość. Od czasu do czasu dodaje też wizualnie wysmakowane kadry (buty zbira i szamocząca się rybka z rozbitego akwarium), które działają na zasadzie kontrastu i podkręcają wrażenia.


Reszta, czyli scenariusz  i aktorstwo, jest porażką. Obsadzenie w roli głównej Ethana Hawke'a okazało się nietrafionym pomysłem. Tu przydałby się raczej ktoś o topornej ekranowej charyzmie, ktoś w stylu Jean-Claude'a Van Damme'a czy Michaela Dudikoffa za czasów ich świetności. Może Scott Adkins? Albo Marko Zaror? Hawke za bardzo stara się "grać" w momentach, w których ma pokazać wewnętrzne rozterki bohatera. Przy tak absurdalnej fabule jest to kiepski pomysł. Co gorsza, jego śladami podąża Paul Anderson, przez co w każdej dramatycznej scenie traci całą wiarygodność (co boli o tyle, że w innych scenach prezentuje się bardzo dobrze jako twardziel-zabójca). Na jedną fajną scenę załapał się nawet Rutger Hauer. Niestety jest ona zbyt krótka i pozostawi fanów z uczuciem niedosytu. Naprawdę wiele można twórcom filmu wybaczyć, ale takie marnotrawstwo nie uchodzi. Mówiąc krótko, lekkie rozczarowanie. Tylko dla zatwardziałych fanów gatunku.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni