Recenzja filmu Cmentarz wspaniałości (2015)
Apichatpong Weerasethakul

Dezercja ze snu

"Cmentarz wspaniałości" to film utrzymany w stylistyce slow cinema, który może spodobać się nawet zagorzałym przeciwnikom nurtu. Mamy w końcu do czynienia z dziełem Apichatponga Weerasethakula, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Cmentarz wspaniałości" to film utrzymany w stylistyce slow cinema, który może spodobać się nawet zagorzałym przeciwnikom nurtu. Mamy w końcu do czynienia z dziełem Apichatponga Weerasethakula, czyli reżysera potrafiącego pogodzić ze sobą gusta Romana Gutka i Quentina Tarantino. Pomimo że akcja "Cmentarza..." posuwa się do przodu w ślimaczym tempie, tajski twórca udowadnia, że doskonale wie, jak wynagrodzić naszą cierpliwość. Pojawiające się na ekranie bez zapowiedzi erupcje humoru i elementy wizualnej poezji wyostrzają zmysły, tworząc wokół filmu aurę nieprzewidywalności.


Weerasethakul, laureat Złotej Palmy za "Wujka Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia", potwierdza także reputację mistrza w łączeniu pozornych skrajności. Akcję "Cmentarza..." – tak jak wielu swych poprzednich dzieł – umieszcza na pograniczu jawy i snu. W świecie tajskiego reżysera duchy przywołanych przez lokalne medium laotańskich księżniczek wcale nie wydają się mniej realne niż amerykański mąż jednej z bohaterek, z którym kontaktuje się ona głównie za pośrednictwem Skype'a. Przestrzenią spotkania przeciwstawnych porządków reżyser czyni zwłaszcza położoną w głębi dżungli salę szpitalną, gdzie ulokowany zostaje oddział pogrążonych w śpiączce żołnierzy. Mężczyźni – choć przeszkoleni do zabijania – w obecnym stanie wydają się bezbronni i dziwnie niewinni. W swej kruchości przypominają trochę wrażliwych gangsterów z wczesnych filmów Wong Kar Waia

Ogarniająca bohaterów tajemnicza, trudna do racjonalnego wytłumaczenia przypadłość wprowadza do "Cmentarza..." atmosferę niepokoju i utrudnia pracę opiekującym się żołnierzami wolontariuszkom. Kobiety – mimo szczerych chęci – nie potrafią odgadnąć potrzeb cierpiących podopiecznych i pozostają skazane wyłącznie na domysły sugerujące, że stan bohaterów musi być pochodną bliżej nieokreślonej, doświadczonej niedawno traumy. To wszystko jednak tylko spekulacje, które bynajmniej nie pozbawiają wolontariuszek poczucia dezorientacji i bezsilności. Weerasethakul dba o to, by podobne odczucia towarzyszyły także odbiorcom narażonym na coraz większe problemy z odnalezieniem swego miejsca w gmatwającej się z każdą chwilą, filmowej rzeczywistości.


Choć z pozoru wiele by na to wskazywało, "Cmentarz..." okazuje się czymś więcej niż tylko jedną z wielu opowieści o niemożności porozumienia z drugim człowiekiem. Tajski reżyser akcentuje wpisane w ten proces trudności po to, by głośniej mogła wybrzmieć radość z ich przełamania. Weerasethakul zapewne zgodziłby się z Davidem Fosterem Wallace'em, który – w mistrzowskim eseju "David Lynch ocala głowę" – pisał, że "film artystyczny jest w istocie teologiczny; usiłuje różnymi metodami "przebudzić widza", uczynić nas bardziej "świadomymi". Idąc tym tropem, można by dostrzec w "Cmentarzu..." opowieść o metafizyce wzajemnego spotkania, a także pokorze, szlachetności i determinacji jako warunkach umożliwiających dotarcie do Innego. Wszystkie te cechy reprezentuje sobą Jenjira – bohaterka wyznaczona do opieki nad wyraźnie osamotnionym, nieodwiedzanym przez żadnego członka rodziny żołnierzem. Weerasethakul sprawia, że postawa dziewczyny zostaje nagrodzona, ale świadomość ta bynajmniej nie odziera przedstawionego świata z tajemnicy. W rzeczywistości "Cmentarza..." porozumienie między ludźmi ma w sobie coś z cudu, który wydarza się tylko na chwilę, w sposób ulotny i wymykający się naszej kontroli. Momenty, gdy reżyserowi udaje się uchwycić ten stan na ekranie, stanowią przykład najczystszej magii kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 55% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry