Recenzja gry Cuphead (2017)

Diabelska rozgrywka

W skrócie? Bohaterowie gry przerżnęli w kasynie ostatnie pieniądze (a także swoje dusze) i teraz muszą odpracować swój dług u samego Diabła.
Filmweb sp. z o.o.
  • platformy: PC Cuphead (2017)
Wreszcie do naszych rąk trafia "Cuphead", gra, która tak naprawdę zrodziła się w umysłach twórców aż siedem lat temu. Tyle trwało stworzenie tej niezależnej gry, w której każda klatka animacji została narysowana ręcznie, a każda walka dopieszczona do granic możliwości. Studio zaczynało skromnie, choć rozrosło się później do kilkunastu osób. Twórcy musieli zresztą – wzorem Vina Diesla – zastawić swoje domy, żeby sfinansować dalsze prace nad nią. Poświęcenie przyniosło efekty – gra z miejsca podbiła serca graczy na całym świecie. Teraz i my możemy zanurzyć się w obłąkany świat Cupheada i Mugmana oraz ich walk z różnorakimi stworami. Wszystko tylko dlatego, że bohaterowie przerżnęli w kasynie ostatnie pieniądze (a także swoje dusze) i teraz muszą odpracować swój dług u samego Diabła.

photo.title

Trudno nie uczynić tematem przewodnim recenzji strony wizualnej. Gra studia MDHR uczyniła bowiem z wrażeń wizualnych niemalże filar rozgrywki. Powiedzieć, że ta gra jest przepiękna, to nic nie powiedzieć. Twórcom udało się coś niezwykłego: przenieśli estetykę rodem z kreskówek wczesnego Walta Disneya czy Maxa Fleischera i puścili ją w ruch w ramach gry wideo. Autorzy sami podkreślają zresztą, że chcieli stworzyć grę, która byłaby ucieleśnieniem idei filmów rysunkowych lat 30. ubiegłego wieku. Gdyby istniał taki sektor rozrywki w 1936 roku, to właśnie "Cuphead" byłoby najpopularniejszym produktem tego typu w dawnych czasach. Dziś taka oprawa wizualna przywołuje oczywiście zupełnie inny zestaw odczuć i kodów estetycznych. Gdy oglądamy owe okrągłe kształty, postacie niemal idealnie odwzorowujące estetykę dawnych lat, mamy nieodparte wrażenie oglądania starego filmu animowanego. 

photo.title

Jakimś cudem przez wszystkie walki, które stoczyłem w ramach "Cuphead" ani razu nie miałem poczucia, że oto gram w zwykłą grę. Uczucie fałszu i brania udziału w zwyczajnej rozgrywce zatarte jest przez absolutnie wirtuozerską animację postaci, a przede wszystkim – naszych wrogów. Z ekranu spozierają na nas przeróżne psychodeliczne maszkary: od władających telepatią marchewek po wkurzone syrenki i rzucające gałkami ocznymi duchy. Wszystkie wrogie nam postacie narysowane są przepięknie i z równym artyzmem puszczone w ruch. Bo taki właśnie jest "Cuphead" – to gra, w której będziemy na modłę "Contry" czy innych starych gier toczyć epickie, spektakularne walki, ale nie w segmentach platformowych, tylko z wielkimi niemiluchami. "Cuphead" to tak naprawdę zbiór kilkudziesięciu walk. Gdyby ktoś był geniuszem i ukończył każdy etap za pierwszym podejściem, skończyłby tę grę w raptem godzinę z kawałkiem. To jednak niemożliwe, mimo tego że każda walka z bossem trwa zaledwie półtorej do dwóch minut. Kolejne etapy powtarzamy bowiem raz po raz, gdyż trzeba się po prostu nauczyć pewnych niuansów towarzyszących każdej potyczce.

photo.title

Krótki przebieg gry to tylko pozory. Gwarantuję, że utkniecie już na pierwszym czy drugim bossie, którego napotkacie na swojej drodze. Nie dlatego że "Cuphead" jest grą straszliwie trudną i wymagającą tak jak "Dark Souls". To raczej rozgrywka bliższa szachom, choć oczywiście niezwykle dynamiczna i rytmiczna. Przy każdej walce trzeba nauczyć się poszczególnych modeli ataków danego bossa, wziąć grę na cierpliwość, zobaczyć, że owo "bullet hell" wcale nie jest przypadkowe, że za każdą serią pocisków kryje się jakiś wzór. Odkrywanie owych schematów to klucz do sukcesu w "Cuphead". Oczywiście przydadzą się także zręczne palce i – być może przede wszystkim – poczucie rytmu. Wielu naszych przeciwników wypuszcza w naszą stronę serie pocisków i inne elementy otoczenia. Grunt to złapać odpowiedni rytm w omijaniu bądź unikaniu wrażych ataków przy jednoczesnym ciągłym strzelaniu do danego potwora. Za pierwszym razem może się nie udać, za drugim też nie. "Cuphead" nagradza zarówno zdolności manualne, jak i spostrzegawczość. Gdy tylko odkryjemy, jak najlepiej załatwić danego bossa, na pewno uda nam się ukończyć dany etap.

photo.title

Twórcy być może przestraszyli się nieco współczesnych graczy i dołożyli do "Cupheada" także klasyczne etapy platformowe. Są one stosunkowo krótkie i oczywiście równie piękne, co i reszta gry. To jednak wypełniacze, których wcale nie trzeba przechodzić. Oczywiście warto to zrobić ze względu na możliwość złapania kilku dodatkowych monet (za które kupujemy fanty w sklepiku). Nie jest to jednak czynność obowiązkowa tak, jak walki z bossami.

Muzyka doskonale współgra ze stroną wizualną. Ścieżka dźwiękowa pod przewodnictwem Kristofera Maddigana to miks najlepszych pasaży jazzowych, jakie mogą skojarzyć się z szalonym i tanecznym czasem międzywojnia oraz jazzowych big bandów. "Cuphead" pełen jest skocznych i czasem ogłuszających dźwięków: tu szaleje trąbka, tam słychać miażdżące brzdąknięcia basu, a do tego szeleszcząca perkusja i obłędne bębny przy akompaniamencie schowanego nieco z tyłu fortepianu. Coś wspaniałego, aż chce się słuchać tej muzyki także poza grą.

photo.title

Czy "Cuphead" ma jakieś wady? Przy całej parze, jaka poszła w animację szkoda, że historia – przyczynkowa oczywiście – przedstawiana jest przy pomocy statycznych obrazków. Niestety w tej kwestii potencjał został zmarnowany. Poza tym to bardzo intensywne kilka godzin przepięknie zrealizowanej rozgrywki w stylu "run & gun". Mijają dwie godziny, a my czujemy się starsi o czterdzieści lat. Nic tylko polecić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Joachim Snoch
ocenia tę grę na:
1 10 9/10 rewelacyjna