Recenzja filmu Wielkie oczy (2014)
Tim Burton

Dietetyczny Burton

Idealna dla Burtona historia straciła głębię i w pewien sposób również siłę oddziaływania. Sytuację w miarę ratuje strona techniczna i obsada. Amy Adams świetnie sprawdza się w roli Margaret ...
Filmweb sp. z o.o.
Tim Burton od dawna kojarzony jest z gotyckim klimatem, groteskową kreacją świata i Johnnym Deppem czy Heleną Bonham Carter, ucharakteryzowanymi w specyficzny sposób. W "Wielkich oczach" trudno jednak uświadczyć wielu z jego znaków rozpoznawczych. Tym razem reżyser "Edwarda Nożycorękiego" zszedł na ziemię, by opowiedzieć historię Margaret Keane, amerykańskiej artystki malującej obrazy dzieci z nieproporcjonalnie dużymi oczami. Ostatnie aktorskie produkcje hollywoodzkiego ekscentryka trudno nazwać sukcesami artystycznymi, jednakże nowy film dawał nadzieję na powrót reżysera do dawnej świetności. 

Burton trafił na idealną dla siebie historię. Margaret Keane to wrażliwa dusza; introwertyczna artystka, która musi zmierzyć się z ograniczeniami, jakie narzuca jej nieprzyjazny świat. Po ucieczce od męża  znajduje kolejnego, który z początku wydaje się być dla niej idealny, jednakże z czasem ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Nowy partner zaczyna bowiem dominować nad żoną i publicznie przypisywać sobie jej dorobek artystyczny, by móc czerpać z niego korzyści finansowe. Bohaterka musi zatem znaleźć w sobie siłę, by wyrwać się spod wpływu męża-tyrana. 

W "Wielkich oczach" mamy zatem poruszoną kwestię emancypacji kobiet i walki o prawdę; film zaczyna podejmować także tematy dotyczące roli artysty i sztuki - jej wpływu na odbiorców i jej wartości. Ostatecznie żadne z tych zagadnień nie znajduje odpowiedniego rozwiązania. Fabuła ślizga się niemiłosiernie po powierzchni tych problemów, nie podejmując trudu zagłębienia się w którykolwiek z nich. Widać tu zmarnowany potencjał, zwłaszcza że po autorach scenariusza  do "Eda Wooda" (Scott Alexander i Larry Karaszewski) można było spodziewać się znacznie więcej. Idealna dla Burtona historia straciła głębię i w pewien sposób również siłę oddziaływania.


Sytuację w miarę ratuje strona techniczna i obsada. Amy Adams świetnie sprawdza się w roli Margaret Keane; bije z niej niepewność i wrażliwość odpowiednia dla tej postaci. Już od pierwszych chwil, w których widzimy ją na ekranie, robi duże wrażenie i łatwo zgarnia naszą sympatię. Aktorzy drugoplanowi również wypadają bardzo dobrze; szczególnie warto wspomnieć o  rewelacyjnej kreacji Terence’a Stampa (w roli okrutnego krytyka sztuki), który pojawia się tutaj stanowczo zbyt rzadko. Jedynym problematycznym elementem głównej obsady staje się Christoph Waltz, wcielający się w męża artystki. Do pewnego momentu radzi sobie świetnie, lecz później zaczyna zbytnio szarżować i z czasem  jego Walter Keane coraz bardziej przypomina pułkownika Hansa Landę z "Bękartów wojny". Ta przerysowana kreacja mocno kontrastuje z subtelną sylwetką Adams, psuje nastrój i podobnie, jak pojawiająca się w filmie piosenka Lany Del Rey – zdaje się być nie na miejscu. O tym, że film ma dobrą stronę wizualną chyba nie trzeba wspominać. Ten element zawsze błyszczy w filmach Tima Burtona - nawet tutaj, mimo ograniczeń, jakie nakłada na niego tematyka, spisuje się świetnie. Nieźle poradził sobie również twórca muzyki – Danny Elfman. Jego kompozycje idealnie pasują do realiów przedstawionych w filmie.     
   
Trzeba przyznać, że największą wadą "Wielkich oczu" jest scenariusz – interesująca historia została przedstawiona w dość miałki sposób. Film ten dawał nadzieję na powrót reżysera "Soku z żuka" do formy - niestety uzyskaliśmy jedynie "dietetycznego" Burtona, pozbawionego nie tylko gotyckiej aury, ale również (przez słabość fabuły) dawnego uroku. Całość wciąż nie wypada źle, głównie dzięki kreacjom aktorskim i stronie technicznej (tu widoczny jest talent reżysera), ale "Wielkie oczy" to mimo wszystko spory zawód. 
      
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (49 głosów).
KrissC
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)