Recenzja gry Assassin's Creed Rogue (2014)

Epitafium dla Ameryki

Ubisoft zgrabnie obstawił wszystkie fronty. Komu nie spodobały się zmiany w "Assassin's Creed: Unity", ten zawsze może pozostać przy tradycyjnej, choć mało kreatywnej wizji konfliktu asasynów i ...
Filmweb sp. z o.o.
Ubisoft zgrabnie obstawił wszystkie fronty. Komu nie spodobały się zmiany w "Assassin's Creed: Unity", ten zawsze może pozostać przy tradycyjnej, choć mało kreatywnej wizji konfliktu asasynów i templariuszy. 

photo.title

Jeśli graliście w "Unity" (mimo problemów technicznych) czy nawet w "Black Flag" na konsolach nowej generacji, przesiadka na "Rogue" będzie bolesna. Nie pomogą melancholijne krajobrazy River Valley czy subarktyczne plenery w końcowej partii gry. Na nic zda się spora doza żeglowania po północnych wodach Oceanu Atlantyckiego. W "Rogue" wciąż atakuje szybko starzejąca się oprawa wizualna.

photo.title

Na szczęście seria "Assassin's Creed" to nie tylko doznania estetyczne. Graczy zdegustowanych wizją świata przedstawionego z "Unity" czeka tu miła niespodzianka. "Rogue" bowiem to całkiem zgrabny miks "Assassin's Creed III" i "Assassin's Creed IV". Mieszanka pozbawiona innowacyjności i oparta na sprawdzonych pomysłach. Choć nieco czasu spędzimy w toczonym przez wojny gangów Nowym Jorku, spory fragment gry to River Valley, która jako żywo przypomina tereny pograniczne znane z "Assassin's Creed III". Gdy tylko postawimy stopy na pokładzie slupa wojennego Morrigan, od razu poczujemy klimat "Black Flag". Przemierzanie wód w poszukiwaniu skarbów, polowanie na narwale, zbieranie znajdziek porozrzucanych na małych wysepkach, zdobywanie fortów to wypisz wymaluj przygody Edwarda Kenwaya. Te aspekty gry są wadami tylko wtedy, gdy uznamy, że serii należał się porządny lifting. "Rogue" jest bowiem tym wszystkim, czym nie chce być "Unity".


photo.title

"Rogue" to swoiste epitafium dla starych odsłon serii. Powiązania z trzecią i czwartą odsłoną nie ograniczają się do lokacji i oprawy wizualnej, ale biegną znacznie dalej. Czas akcji to wojna siedmioletnia, co oznacza, że spędzimy nieco czasu z postaciami znanymi już z poprzednich części. Pojawi się Adewale (kompan Edwarda Kenwaya), Achilles (mentor Connora Kenwaya) i Haytham Kenway (ojciec Connora). Epizodyczne role znanych już bohaterów to jednak gratka dla koneserów serii. Gracze, którzy nie znają poprzednich odsłon, stracą połowę zabawy.

photo.title

Nieco rozczarowuje główny wątek fabularny, a potencjał tkwi w nim ogromny. Shay zaczyna swą karierę jako asasyn, jednak wskutek pewnych nieporozumień z kompanami ostatecznie zmienia stronę konfliktu i przystaje do templariuszy. Niestety, odwrócenie perspektywy wcale nie sprawia, że obraz templariuszy zyskuje na głębi. Tę osiągnięto przecież w trzeciej części gry, gdzie nieco safandułowaty i naiwny Connor mierzył się z żelazną logiką Haythama Kenwaya i jego popleczników. W "Rogue" asasyni, nie wiedzieć czemu, przemawiają jak kartonowe postaci templariuszy z "Assassin's Creed II", zaś sami templariusze – jak asasyni w innych odsłonach gry. Brak spójności w rysie charakterologicznym bohaterów kładzie się cieniem na zawirowaniach fabularnych. Domknięcie wątków związanych z upadkiem asasynów jest w efekcie rozwiązane nieco nieporadnie i bez polotu. Jedynym naprawdę emocjonującym fragmentem historii jest krótka wycieczka Shaya do Europy, gdzie czeka nas oskryptowana sekwencja ucieczki z walącego się w gruzy miasta. 

photo.title

"Assassin's Creed: Rogue" nie wychodzi przed szereg także w przypadku wątków współczesnych. O ile w "Unity" czasy obecne zostały zredukowane do cut-scenek, o tyle w "Rogue" wracamy do siedziby Abstergo, gdzie chodzimy po biurach, hakujemy komputery i czytamy przezabawne maile dotyczące serii "Assassin's Creed". Choć samo łażenie po korporacyjnych open space'ach jest dość uciążliwe, to nagroda w postaci błyskotliwych i autoironicznych maili rekompensuje nie tylko zwiedzanie nudnych wnętrz Abstergo, lecz także irytującą hakerską minigierkę.

photo.title

To narzekanie nie zmienia faktu, że w "Rogue" jest co robić. Główny wątek zajmuje od dziesięciu do piętnastu godzin, ale poza zadaniami podstawowymi w grze umieszczona jest masa aktywności pobocznych. Powraca minigra ekonomiczna (szlaki handlowe). Kolejne rejony odblokowujemy, podbijając nadmorskie forty. Kradniemy też towary z magazynów i podejmujemy się zleceń... powstrzymywania asasynów. To akurat dość ciekawy twist, ponieważ przechwytujemy gołębie używane przez naszych adwersarzy i, dajmy na to, bronimy pewnego człowieka przed atakami zabójców. 

photo.title

Twórcy wprowadzili też kilka mutacji w samej rozgrywce. Teraz podczas walk morskich wrogowie mogą dokonać abordażu i wedrzeć się na nasz pokład. Shay z kolei zamiast dmuchawki używa pneumatycznej strzelby. Tę możemy naładować nabojami usypiającymi lub wprawiającymi w szał. Brzmi znajomo? Dodatkiem jest natomiast podczepiany pod strzelbę granatnik. Przydaje się on podczas niektórych misji, zwłaszcza gdy trzeba pozbyć się kilku wrogów naraz, ale to raczej ciekawostka niż druzgocąca innowacja w walce.

Choć przepaść wizualna pomiędzy "Rogue" a "Unity" jest ogromna, to w tej pierwszej jest znacznie mniej błędów i usterek technicznych. To zrozumiałe – stary i znany silnik, który można było cyzelować przez lata jest po prostu bezpieczny. Nie oznacza to jednak, że "Rogue" całkowicie wolne jest od bugów. Zdarza się, że nie da się ukończyć misji, ponieważ gra widzi wrogów tam, gdzie już ich nie ma. 

photo.title

Dla kogo właściwie jest "Assassin's Creed: Rogue"? Przede wszystkim dla zatwardziałych fanów serii, którzy połkną cokolwiek ze słowem "Assassin" w tytule. "Rogue" strukturą nie różni się zbytnio od "Black Flag", działa na starzejącym się szybko silniku i nie zaskakuje nowościami. Mało tego, niuanse scenariusza wymagają znajomości trzeciej i czwartej części gry. Nie jest to więc tytuł dla nowicjuszy w świecie asasynów i templariuszy. Z drugiej strony "Rogue" to solidna produkcja, która zapewni kilkadziesiąt godzin zabawy, jeśli zechcemy znaleźć wszystkie poukrywane w grze misje i znajdźki. To też całkiem niezłe epitafium dla tych odsłon serii, które skoncentrowane były na żonglowaniu mitem założycielskim Ameryki. Pozostaje tylko powiedzieć: ciszej nad tą trumną.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Joachim Snoch
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra