Recenzja filmu Czyściciele internetu (2018)
Moritz Riesewieck
Hans Block

Fabryka szczęścia

Block i Riesewieck upychają gęstwinę tematów w niecałych 90 minutach – i wychodzi im z tego zaskakująco spójny reportaż o pułapkach globalizacji. Jeden z tych, które pożera się szybkim chapsem i ...
Filmweb sp. z o.o.
"Pamiętaj, żeby napić się wody. Homo sapiens piją wodę" – szydził mem z robotycznie beznamiętną twarzą Marka Zuckerberga, owoc kwietniowego przesłuchania przed amerykańskim Kongresem. Po aferze Cambridge Analytica chyba już nikt nie ma wątpliwości, że cyber-korporacje nie są do końca tym, za co bardzo chciałyby uchodzić – bractwami szlachetnych inżynierów, dostarczycieli nowoczesnych technologii, tylko w ekstremalnych przypadkach ingerujących w treści "szerowane" przez użytkowników. "Czyściciele internetu" Hansa Blocka i Moritza Riesewiecka traktują o ciemnej stronie utopii – o Facebooku, Twitterze i Google'u jako globalnych tytułach prasowych, zatrudniających dziesiątki tysięcy redaktorów, dzień w dzień "gumkujących" cyberprzestrzeń z tego, co zakazane, obrazoburcze, złe. Redaktorów, dodajmy, całkowicie anonimowych, rozsianych po całym globie, głównie – co jest żelaznym prawem outsourcingu – po krajach rozwijających się, konkurujących niskimi kosztami pracy i elastycznością przepisów.

I właśnie ze względy na jawnie polityczny temat miałem pewne obawy, czy film nie pójdzie w w stronę tendencyjnej rozprawki ideologicznej – czegoś w stylu "Bardzo biedny człowiek w ekstremalnych środowiskach pracowniczych". Szczególnie, że Block i Riesewieck rozmawiają z moderatorami FB z zaledwie jednego kraju – Filipin – posługując się przy tym dość ryzykownym zabiegiem stylistycznym: bohaterów nagrywają w nocy, pośrodku pustych biurowych open space'ów, w atmosferze szpiegowsko-konspiracyjnej. Ci z Filipińczyków, którzy już dla Facebooka nie pracują i zdecydowali się ujawnić twarze, opowiadają o bezsennych nocach po przejrzeniu tysięcy zdjęć i filmów z dziecięcą pornografią i torturami; niektórzy wpuszczają reżyserów do swoich domów – najczęściej w biednych, przeludnionych slumsach Manili – potwierdzając tylko tezę, że Dolina Krzemowa żeruje na taniej sile roboczej.

Arcyciekawe są natomiast sposoby, w jakie bohaterowie usiłują nadawać sens monotonnej i stresującej harówce – jedna z kobiet, gorliwa katoliczka, tłumaczy na przykład, że kasując zdjęcia nagich piersi i penisów broni internetu przed siłami Szatana; z kolei chłopak z emo grzywką naśladuje obecnego prezydenta Filipin – tak jak Rodrigo Duterte wysyła do piachu dilerów narkotykowych, tak on – klikając "skasuj" lub "zignoruj" – wyznacza granice praworządnego internetu. Ale z tych rozproszonych wypowiedzi i obrazów trudno wyabstrahować jakieś bardziej ogólne wnioski – case studies jest po prostu zbyt mało. Skądinąd nie jest już chyba wielką tajemnicą, że Facebook podzleca moderowanie treści także firmom działającym w Polsce – znajomi, którzy otarli się o tę pracę, mówili mi o stosunkowo godziwych zarobkach i opiece psychologa. Wszystko zależy więc od kontekstu, chociaż sama praktyka outsourcingu rzeczywiście generuje duże pole do nadużyć.

Na szczęście "Czyściciele..." zagadnienie obiegu treści w mediach społecznościowych traktują wieloaspektowo, skupiając się nie tyle na samych warunkach pracy u podwykonawców Facebooka, co na paradoksach i wyzwaniach stojących przed moderatorami. Trzeba bowiem wiedzieć, że regulaminy wielkich platform internetowych są z jednej strony niezwykle płynne i dają pole do bardzo szerokiej interpretacji, z drugiej zaś – muszą się liczyć z lokalnym prawodawstwem, które za nielegalną może przecież uznać działalność opozycji politycznej albo nawoływanie do demokratycznych reform. Dodatkowo: czy moderator z Filipin na pewno jest na tyle zaznajomiony z różnymi kontekstami społeczno-politycznymi, żeby odróżnić wizualną dokumentację przemocy policji od propagandy ISIS? Albo ofiarę czystek prezydenta Duterte od zwłok meksykańskiego dilera narkotykowego? Block i Riesewieck stawiają te fascynujące pytania zupełnie otwarcie, pokazując, na jak arbitralnych zasadach opiera się proceder "cenzurowania" mediów społecznościowych. Kiedy na przykład obrazy zniszczeń w Syrii mogą zostać zaklasyfikowane jako "zbyt drastyczne" i szybko "wygumkowane", po Facebooku bez przeszkód "wiralują" posty zachęcające do mordowania Rohingjów w Mjanmie (dawnej Birmie). Paradoks goni paradoks.

Liczy się litera prawa i litera regulaminu – jeśli na FB tabu jest nagość, to łupem bezrefleksyjnego kasowania padnie każdy jej przejaw, nawet satyryczny rysunek Donalda Trumpa z małym penisem (przypadek autentyczny). Czyściciele – jako że muszą wyrobić dzienną normę "kliknięć" – wolą nie odróżnić sztuki od pornografii i satyry od nienawistnej propagandy. Chcąc utrzymać bieda pracę za bieda płacę, mimowolnie przyczyniają się do pogłębiania globalnego chaosu informacyjnego i polaryzacji społeczeństw. Block i Riesewieck upychają tę gęstwinę tematów w niecałych 90 minutach – i wychodzi im z tego zaskakująco spójny reportaż o pułapkach globalizacji. Jeden z tych, które pożera się szybkim chapsem i w głębokim skupieniu. Wyciągający za fraki z bagienka marazmu, uczulający na bolączki ziemskiej wspólnoty. I nie ma większego znaczenia, czy Mark Zuckerberg jest dla nas bogiem kreatywności czy szatanem inwigilacji. Baniek społecznościowych mamy może i tysiąc, ale internet – wciąż tylko jeden.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry