Recenzja filmu Zanim się pojawiłeś (2016)
Thea Sharrock

Film o prawdziwym życiu

Po wielu latach żenujących filmów o miłości doczekaliśmy się w końcu historii, która naprawdę porusza serce i umysł. Historia o prawdziwym życiu, o miłości ludzi, którzy wydają się pochodzić z ...
Filmweb sp. z o.o.
Wystarczy, że przeczytasz parę pierwszych stron książki Jojo Moyes o tym samym tytule i już wiesz, że ta opowieść pochłonie Cię bez reszty. Nie ważne, że obiad trzeba zrobić, posprzątać, nieważne, czy jesteś w pracy czy na wakacjach, masz wrażenie, że jeśli nie poznasz dalszych losów bohaterów, to umrzesz. Od razu się do nich przywiązujesz, przez co tym bardziej jest Ci ciężko przyjmować ich decyzje bez emocji. Ta książka niewątpliwie chwyta za serce i wyciska łzy, dlatego też człowiek ma ogromne nadzieje, że film na podstawie książki zrobi z nim to samo... ba! nawet bardziej, bo nie musisz już sobie tego wyobrażać, możesz zobaczyć prawdziwych ludzi i "prawdziwe" emocje. 
Natomiast film Jojo Moyes nie powala. Przykro to mówić, ale w istocie tak się okazuje. Emilia Clarke, aktorka znana z serialu "Gra o tron", może i potencjalnie pasuje do roli głupiutkiej, zahukanej Lou Clark, ale ostatecznie tworzy postać tak przerysowaną, że po pół godziny oglądania filmu ma się już jej dość. Jej mimika i nieschodzący z twarzy szeroki uśmiech pasują do komediowych akcentów obrazu, natomiast tam, gdzie akcja jest bardziej stonowana i poważna, jej zachowanie wygląda dość groteskowo i prześmiewczo. Rozumiem, że autorka chciała podkreślić charakter bohaterki, miłej dziewczyny z małej miejscowości, z której nigdy nie wyściubiła nosa i dla której jedynym sposobem na poradzenie sobie z stresującą sytuacją jest zaparzenie filiżanki herbaty i radosny uśmiech. Miało to tworzyć zdumiewający kontrast z nieszczęśliwym mężczyzną na wózku inwalidzkim, który przed wypadkiem czerpał z życia pełnymi garściami. Kontrast pani Moyes wyszedł, jak dla mnie jednak do granic możliwości przesadzony. 
Jeśli chodzi natomiast o drugiego głównego bohatera - Willa Traynora, którego rolę zagrał znany z serii "Igrzyska Śmierci" ("W pierścieniu ognia", "Kosogłos część 1", "Kosogłos część 2") Sam Claflin, to myślę, że nie mogę się tu przyczepić, jeśli chodzi o jego grę aktorską. Miał skomplikowane zadanie, gdyż mógł grać tylko twarzą, co zrobił po mistrzowsku, pokazując różne stany swojego bohatera, od radości przez zniecierpliwienie po ogromny smutek. 
Reszta aktorów nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia – ani dobrego, ani złego. Ich role były zmniejszone do minimum, o ich problemach w wielu wypadkach nawet słowem nie wspomniano. Ktoś, kto przeczytał książkę, może mieć wrażenie, że film zawiera co najwyżej 40% opowieści. Oczywiście rozumiem, że nie da się w dwóch godzinach zmieścić całej historii, ale tylu pominiętych wątków chyba w żadnym filmie dotychczas nie widziałam. Myślę, że wielu widzów zainteresowałaby relacja Lou z jej chłopakiem Patrickiem, która w produkcji została co najwyżej hmm... "liźnięta", a była ona kolejnym powodem, przez który główna bohaterka tak zbliżyła się do swojego podopiecznego. Dialogi między głównymi bohaterami też zostały ograniczone do minimum, przez co ma się wrażenie, że ich miłość wyrosła jedynie na litości i chęci zmiany jego decyzji, a nie na tym, jak bardzo Will zmienił życie Clark w tym czasie. Pominięto całkowicie siostrę Willa, która w książce była barwną postacią stanowczo sprzeciwiającą się decyzji brata, a także relacje rodziców Willa, którzy byli ze sobą jedynie przez wzgląd na niego, gdyż w powieści ojciec głównego bohatera ma na boku inną kobietę. Nie zaznaczono również relacji matki z synem, a także z jego nową opiekunką. W obu przypadkach nie były to raczej dobre stosunki jak to zostało pokazane w filmie. Ominięto również skomplikowane układy Lou z siostrą, jej bolesne przeżycia z młodości na zamku i ultimatum, które matka postawiła Lou, gdy ta zdecydowała się pojechać do Szwajcarii, by być z Willem w ostatnich chwilach. Nie zdecydowano się nawet na pokazanie kalendarza, w którym główna bohaterka zaznaczała, ile dni zostało jej, by przekonać Willa do zmiany decyzji, co uważam – jest sporym niedopatrzeniem, bo stanowi to istotną metaforę dla upływającego czasu, z którym ostatecznie nie da się wygrać.
Dziwi mnie, że autorka książki sama strzeliła sobie w kolano i spłaszczyła swoją emocjonalną opowieść tak, że już bardziej się chyba nie da. Myślę, że czytelnicy mogą czuć się zawiedzeni filmem, gdyż w książce na prawdę można się zakochać, przy czym już produkcja pozostawia wiele do życzenia. Nadal jednak warto oglądnąć ten film, żeby przekonać się, jak ulotne jest zdrowie i życie, jak ważne jest to, żeby korzystać z każdego dnia tak, jakby to miał być nasz ostatni. 
Życzę każdemu udanej lektury i udanego seansu. Może w drodze wyjątku w odwrotnej kolejności.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 22% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
isabelllka
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)