Recenzja filmu Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989)
Peter Weir

Gdzie ci nauczyciele z dawnych lat?

To nie jest zwyczajny feel good movie. W "Stowarzyszeniu umarłych poetów" jest sporo mroku. Reżyser nie boi się badać konsekwencji wyrwania się z kieratu konwenansów i społecznych oczekiwań
Filmweb sp. z o.o.
Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia w kinie niezwykle modne były historie o inspirujących młodzież nauczycielach. Kwintesencją tego nurtu, klasyką gatunku, jest powstałe w 1989 roku "Stowarzyszenie umarłych poetów", wyreżyserowane przez jedynego w swoim rodzaju Petera Weira.

Dla wielu osób dorastających na początku lat 90. "Stowarzyszenie umarłych poetów" był filmem kultowym. Budził tęsknotę za autorytetem, przewodnikiem po dorosłości, który zamiast przycinać nas do standardów konsumpcyjnego stylu życia, pozwalałby rozwinąć skrzydła indywidualizmu. John Keating w znakomitej interpretacji Robina Williamsa to nauczyciel ideał, o którym większość widzów mogła tylko pomarzyć. Jego pełne pasji, nieortodoksyjne metody nauczania wzbudzały zazdrość, kiedy porównało się to z szarą rzeczywistością typowej uczelni. Oglądając "Stowarzyszenie umarłych poetów", można było odnieść wrażenie, że nie ma tak naprawdę nudnych przedmiotów, są jedynie nudni ludzie, którzy nie potrafią obudzić w nas pasji.

Jednak film Petera Weira idzie dalej. To nie jest zwyczajny feel good movie. W "Stowarzyszeniu umarłych poetów" jest sporo mroku. Reżyser nie boi się badać konsekwencji wyrwania się z kieratu konwenansów i społecznych oczekiwań. Nie ukrywa niebezpieczeństw kroczenia ścieżką indywidualizmu czy choćby wskazywania, gdzie owa ścieżka się znajduje. Ta droga wymaga siły charakteru, którą nie każdy posiada. Zanim otworzy się przed kimś bajeczne perspektywy, trzeba upewnić się, że osoba ta udźwignie ciężar konsekwencji. A tego nawet tak inspirujący nauczyciel jak John Keating nie potrafi, a przynajmniej nie zawsze.

Czy po 20 latach od premiery film Petera Weira wciąż robi takie samo wrażenie? Trudno powiedzieć. "Stowarzyszenie umarłych poetów" zawsze było bajką, historią naiwną, ale nie do końca wesołą. Kiedy film trafił do kin, wypełnił lukę, karmił głodne młode umysły. Mam wrażenie, że obecnie młodzież nie odczuwa tego samego głodu. Być może pokoleniowy cykl nie został jeszcze domknięty, ale wydaje się, że już wkrótce może się to zmienić. Warto zatem sięgnąć po nowe wydanie DVD filmu, by przekonać się, czy zadziała magia filmu.

"Stowarzyszenie umarłych poetów" powraca na rynek DVD w serii "Długie wieczory". Wydanie zostało przygotowane starannie i estetycznie. Sam film ma zachowany oryginalny format obrazu i w angielskiej wersji dźwięk DD 5.1. Płytę zaopatrzono także w całą masę dodatków. Szczególnie polecam materiał, w którym aktorzy wspominają pracę na planie i opowiadają o Peterze Weirze. Możemy się z niego dowiedzieć, jak bardzo Weir i "Stowarzyszenie umarłych poetów" odcisnęło swe piętno na aktorach. Jest w tym coś prawdziwie wzruszającego. Warto również zapoznać się z komentarzem reżysera, scenarzysty i operatora. Zawiera sporo ciekawych spostrzeżeń na temat filmu i pracy filmowca w ogóle.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (140 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie