Recenzja filmu Carrie Pilby (2016)
Susan Johnson

Geniusze heheszków

Za kwintesencję regresywnej energii "Carrie Pilby" uznaję scenę gwiazdkową – samotna bohaterka siedzi przed choinką skleconą z książek i wznosi modły do "boga, w którego nie wierzy". W tych ...
Filmweb sp. z o.o.
Pamiętacie jeszcze Darię Morgendorffer – cyniczną okularnicę z MTV, animowany bicz na zdziecinniałą najntisową Amerykę i kobiecą odpowiedź na troglodytyzm Beavisa i Butt-heada? Carrie Pilby to właściwie taka Daria na sterydach, tyle że znacznie mniej sympatyczna. Genialne dziecko – literaturę na Harvardzie skończyła w wieku 18 lat – zasiedla bieluteńki loft w Nowym Jorku, a dnie i noce przepędza na zdrowym pielęgnowaniu pogardy. Gardzić zawsze jest czym: można np. wykrzesać z siebie oburz na zgniliznę moralną współczesnej kultury, na zseksualizowanie relacji damsko-męskich, na konsumpcjonizm, krzywe chodniki i tępe spojrzenia przechodniów. Coach Mateusz spieszy z wyjaśnieniem: poczucie wyższości i cynizm to maska, za którą kryje się lęk przed wyjściem z własnej strefy komfortu i przyjęciem dorosłości na gołą klatę. Im bardziej Carrie izoluje się od świata, tym bardziej świat izoluje się od Carrie, a przecież chodzi o to, żeby zdobyć faceta i zjednać sobie ludzi.  


Można nawet powiedzieć, że "Carrie Pilby" – mimo przystrojenia w piórka "hipsterskiej Bridget Jones" – to kino normy absolutnej: gloryfikacja konformizmu i szczęścia osiąganego na drodze przystosowania, nie kontestacji. Na korkowej tablicy scenarzyści rozwiesili pełen zestaw sentymentalnych odbitek: utracone dzieciństwo, żałobę po zmarłej matce, emocjonalnie wycofanego ojca, nieudany romans z hiperprzystojnym profesorem literatury. Ten psychoterapeutyczny raj prowadzi nas przez kolejne piętra ewolucji na opak: od neurotycznej ironii i ucieczki w literackie fantazje aż do zinfantylizowanej nastoletniości, która czeka tylko na SWOJEGO MISIA. Od kozetki wszystko się zaczyna i na kozetce również kończy – krnąbrna Carrie dostaje od swojego terapeuty listę zadań. Do końca roku ma m.in. znaleźć przyjaciela, iść z kimś na randkę i zrobić coś, co lubiła robić jako dziecko. Na początku bohaterka traktuje te recepty jako część wielkomiejskiego folkloru – oczywisty element amerykańskiej kultury konsumowania uczuć i szczęścia. Sceptycyzm ustępuje dopiero, kiedy ojciec wysyła ją do tak zwanej "normalnej" pracy – w dizajnerskim biurze Carrie po raz pierwszy musi stanąć twarzą w twarz ze znienawidzonym "plebsem" (czyli pracownikami nowojorskiej kancelarii prawnej, hehe...). Tam nerdzica odkrywa, że banały terapeuty to w istocie jedyna droga do pokojowej koegzystencji z innymi homo sapiens, a więc usłany różami dukt do osobistego szczęścia. Coach Mateusz pęka z dumy i stawia w tym miejscu kropkę nad "i". 


Ja natomiast tę kontr-ewolucję bohaterki obserwowałem z rosnącym przerażeniem – z ciętych ripost Carrie, które budują klimat pierwszych partii filmu, zostaje w efekcie cienka powłoczka ironii. Nieoczywisty humor pożera bakcyl sentymentalnego kiczu – i to kiczu najgorszego sortu, rodem z bożonarodzeniowych produkcyjniaków, gdzie osobowość i temat giną pod naporem pojednania i "unormalnienia". Za kwintesencję regresywnej energii "Carrie Pilby" uznaję scenę gwiazdkową – samotna bohaterka siedzi przed choinką skleconą z książek i wznosi modły do "boga, w którego nie wierzy". W tych nieznośnie pretensjonalnych momentach ostatecznie rozsypuje się wątły murek ironii, zza którego spogląda na nas tępym wzrokiem kultura terapii – potrzeba ujednolicenia ludzkich doświadczeń i osobowości, dojścia do uniwersalnej prawdy egzystencjalnej, a tą jest – no cóż by innego! – człowiecza równość w dążeniu do szczęścia. Twórcy "Carrie Pilby" wołają do nas – z dyskrecją megafonu na promocji w Tesco – że geniusze mają takie same potrzeby jak my – przeciętni zjadacze burgerów. Z tym zastrzeżeniem, że owi "my" patrzą na świat z 40. piętra wieżowca na Manhattanie, a z tej perspektywy łatwo pozwolić sobie na luksus zawahania: zostać indywidualistką czy dać się porządnie przeorać machinie socjalizacji? Jeśli aktorka grająca Carrie na początku mówi i wygląda jak 40-latka, to pod koniec filmu zerka z ekranu uśmiechnięta od ucha do ucha, pucołowata i uszminkowana kukiełka. Ktoś powie, że to zwycięstwo realizmu – że przecież to portret 19-latki, która odzyskuje skradzioną młodość. Jednak dla mnie "Carrie Pilby" przede wszystkim upupia rokujący indywidualizm – kultura szczęścia do natychmiastowego spożycia ściera na miazgę prawdziwą osobowość. Z rezolutnej, niezależnej Darii zostaje matołkowaty Butt-head – geniusz niezobowiązujących heheszków.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 51% uznało tę recenzję za pomocną (55 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)