Recenzja filmu Suburbicon (2017)
George Clooney

Grom w raju

"Suburbicon" to opowieść ludziach podejmujących z głupoty i chciwości szereg nietrafionych decyzji. Ludziach zakładających sobie na szyję pętlę, która z minuty na minuty zaciska się. Bohaterowie ...
Filmweb sp. z o.o.
Mało jest filmów, które czekały na realizację równie długo co "Suburbicon". Joel i Ethan Coenowie napisali pierwszą wersję scenariusza w połowie lat 80., tuż po premierze "Śmiertelnie prostego". Liczyli na to, że po sukcesie debiutanckiego dzieła bez problemu znajdą fundusze na czarną komedię z elementami noir. Sprawy potoczyły się jednak tak, jakby bracia byli bohaterami we własnym filmie. Nikt co prawda nie zginął, ale próba zdobycia pieniędzy nie poszła zgodnie z planem. W 2005 roku pieczę nad przedsięwzięciem objął w końcu ich dobry znajomy, George Clooney. Jednak i on musiał poczekać kolejną dekadę, nim pojawili się chętni na sfinansowanie produkcji. W międzyczasie projekt ewoluował - humor trochę się rozrzedził, a historia niespodziewanie nabrała politycznego ciężaru. W efekcie  "SuburbiconAnno Domini 2017 położony jest gdzieś między dwoma innymi filmowymi miasteczkami - "Fargo" oraz "Selmą". Prócz jatki i zgrywy mieszka w nim również społeczne sumienie.


Nie wiem, jak było z wami, ale ja po obejrzeniu zwiastuna myślałem, że fajtłapowaty Matt Damon będzie krwawo mścił się na zbirach odpowiedzialnych za śmierć żony. Cóż, klip rozmijał się z prawdą, ale właściwie można to uznać za jego zaletę. Zwłaszcza w czasach, gdy twórcy trailerów mają w zwyczaju beztrosko streszczać pół filmu. Aby za wiele nie zdradzać, napiszę tylko, że Clooney i Coenowie celują raczej w dreszczowce Billy'ego Wildera aniżeli "Życzenie śmierci". Akcja obrazu rozgrywa się w latach 50. w tytułowej, pozornie sielskiej miejscowości. Na uboczu kryminalnej intrygi (w którą widz zostaje wrzucony z marszu i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia) rozwija się inspirowany autentycznymi wydarzeniami wątek obyczajowy. Oto do sąsiedztwa zamieszkanego do tej pory przez same białe rodziny wprowadza się czarnoskóre małżeństwo z synkiem. Zszokowani obywatele domagają się od władz Suburbiconu natychmiastowej eksmisji przybyszy. Gdy ich prośby i groźby trafiają w próżnię, protestujący postanawiają na własną rękę wykurzyć "czarnuchów".

Obie historie pozornie splatają się, ale w rzeczywistości niespecjalne na siebie oddziałują. Każdy gra tu we własną grę i stara się nie wchodzić pozostałym w paradę. Czasem z korzyścią dla filmu - jak w świetnej scenie, w której tłum rasistów oblega domostwo Afroamerykanów, podczas gdy w budynku obok zbiry w spokoju znęcają się nad rodziną głównego bohatera. Częściej jednak ma się wrażenie, że na ekranie ścierają się dwie odległe strategie artystyczne. Twórcy "Prawdziwego męstwa" chcieliby zaserwować widzom firmowy koktajl egzystencjalnej tragifarsy i thrillera. Clooney z kolei woli dać upust lewicowej wrażliwości, napiętnować patologie w amerykańskim społeczeństwie. W efekcie utwór początkowo ma problemy ze znalezieniem właściwego tonu. Zaczyna się jak satyra, potem skręca w kierunku dramatu o "końcu niewinności", by wreszcie wytaplać się w kałuży krwi. Kiedy jednak karuzela atrakcji zaczyna kręcić się na całego, film rozkwita.


"Suburbicon" to opowieść ludziach podejmujących z głupoty i chciwości szereg nietrafionych decyzji. Ludziach zakładających sobie na szyję pętlę, która z minuty na minuty zaciska się. Bohaterowie szamocą się, stają na głowie, wreszcie przyparci do ściany zamieniają się w bestie w ludzkiej skórze. Aktorzy mają tu więc spore pole do popisu. Utyty Matt Damon ponownie wciela się w rolę everymana z sąsiedztwa, ale tym razem jego postać została wzbogacona o mroczny rys. Julianne Moore pod nienagannym makijażem i promiennym uśmiechem skrywa bezwzględność, a fantastyczny Oscar Isaac chodzi w butach Edwarda G. Robinsona z "Podwójnego ubezpieczenia". Objawieniem jest również młodziutki Noah Jupe, którego oczami podglądamy zbudowany na fundamentach obłudy i wrogości Suburbicon. Clooney nie tylko świetnie prowadzi swoją obsadę. Potrafi również z talentem budować napięcie, a także gładko łączy ze sobą wewnątrz jednej sceny powagę z absurdem.

Tytuł filmu brzmi jak zbitka słów "suburbia" i "panoptykon". Więzienie na przedmieściach. Jego mieszkańcy okazują się zakładnikami zarówno swoich uprzedzeń jak i pragnień oraz ambicji. Chcieliby robić co innego z kim innym i gdzie indziej, ale muszą się zadowolić "małą stabilizacją". Nie da się im kibicować, ale nie sposób choć odrobinę nie współczuć. Suburbicon to nie miasto, lecz stan umysłu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (74 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)