Recenzja filmu Exodus: Bogowie i królowie (2014)
Ridley Scott
Leszek Zduń

Historia Mojżesza według Hollywood

W swojej najnowszej produkcji Ridley Scott nie stara się analizować materiału źródłowego, zagłębić się w niejednokrotnie alegoryczną i metaforyczną historię Mojżesza. Zamiast tego serwuje prostą ...
Filmweb sp. z o.o.
Widzowie wybierający się do kina na "Exodus: Bogowie i królowie" w celu obejrzenia filmu dokumentalnego przedstawiającego historię jednej z największych biblijnych postaci (mowa o izraelskim przywódcy – Mojżeszu) mogą ponownie przejrzeć styczniowy repertuar w poszukiwaniu innego obrazu. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta… Nowa produkcja Ridleya Scotta to nic innego jak kolejny film przygodowy, czyste kino rozrywkowe z Bogiem w tle. Reżyser odmiennie od Darrena Aronofsky’ego – którego wizja biblijnego potopu oraz postaci Noego, mimo że niewiele miała wspólnego z tą znaną wszystkim ze Starego Testamentu i mogła wzbudzać kontrowersje, była na swój sposób oryginalna i kryła w sobie ogromny potencjał – nie stara się analizować materiału źródłowego, zagłębić się w tę niejednokrotnie alegoryczną i metaforyczną historię. Zamiast tego serwuje prostą bajeczkę dla niewymagających, z widowiskowymi scenami oraz ładnymi dla oka efektami specjalnymi.


Zaprezentowana przez scenarzystów historia to umiarkowanie wciągająca opowieść. Jednakże dzięki Ridleyowi Scottowi, który z dużym wyczuciem prowadzi widzów przez swoją wizję wyzwolenia narodu izraelskiego spod jarzma Egipcjan, film śledzi się z dużą przyjemnością, natomiast o przestojach i nudzie można po prostu zapomnieć. Wspomniany reżyser postawił sobie prosty cel do osiągnięcia, zadanie, które  konsekwentnie zrealizował, mianowicie nie bawił się w nadawanie swojej produkcji głębszego sensu, nie miał ambicji na stworzenie wielowymiarowej fabuły, nakręcił po prostu dobre kino rozrywkowe – kolejnego "Robin Hooda" czy "Królestwo niebieskie". Niestety z perspektywy podjętego przez niego tematu, którym jest dająca przecież niemałe pole do popisu historia Mojżesza, odwalił fuszerkę. Scott przeskakuje po kolejnych biblijnych "faktach" szybciej niż zając uciekający przed wilkiem. Reżyser po prostu odhacza znane wydarzenia, nad żadnym nie zatrzymując się na odrobinę dłużej – przykładem może być sztuczny związek miłosny Mojżesza i Sefory – przez co opowieści brak emocjonalnego wydźwięku. Zamiast tego mamy nadęte i pompatyczne gadki dotyczące choćby braterstwa oraz oddania, nic czego byśmy już nie słyszeli. Z pewnością mógł się lepiej postarać, przykładowo skupić bardziej na postaciach, ukazać w krótkich retrospekcjach życie młodego Mojżesza oraz Ramzesa – zobrazować, jak narodziła się ich przyjaźń – bądź przybliżyć życie Izraelitów w niewoli – pokazać, w jakich relacjach pozostawali z Egipcjanami. Niestety zrezygnowałby przy tym z kilku efektownych scen batalistycznych, co umniejszyłoby wartość obrazu w oczach popcornożerców. Ponadto Ridley Scott traktuje materiał źródłowy jedynie jako tło, mało znaczące wypełnienie, dla jego wizji Księgi Wyjścia. Odstępstw od Starego Testamentu jest bez liku. Gdyby zmienić imiona głównych bohaterów, wielu kinomanów nawet nie domyśliłoby się, co tak naprawdę ogląda. O ile niektóre zmiany wydają się całkiem interesujące, tak jak ukazanie Setiego oraz Ramzesa w nieco lepszym świetle niż w Księdze Wyjścia lub Mojżesza jako człowieka niezdecydowanego, często kwestionującego wolę Boga, o tyle zupełnie niepotrzebne są próby racjonalizowania plag i cudów. Tak więc historia Scotta w jednych kwestiach jest znacznie mniej szokująca i kontrowersyjna niż Stary Testament, zaś drugich wręcz przeciwnie. Naprawdę szkoda, że Ridley Scott nie zdecydował się na wierną adaptację historii Mojżesza, ponieważ niejednokrotnie w swojej interpretacji zbyt powierzchownie traktuje Biblię.


Jeśli przymknąć oko na przyjęte przez twórców uproszczenia, machnąć ręką na wyraźny brak ambicji ze strony Scotta na stworzenia kina wielkiego formatu i skupić się na samym filmie, wyzbywając się złudnych nadziei i porzucając wygórowane wymagania, otrzymamy sprawnie zrealizowany obraz przygodowy, przy którym można się nieźle bawić. Przedstawiona opowieść nie traci tempa, uknuta intryga, choć szyta grubymi nićmi, potrafi zainteresować, zaś umiejętnie skonstruowane zwroty akcji i liczne odstępstwa od Biblii, mimo dużej przewidywalności obrazu, sprawiają, że produkcję chcemy zobaczyć do samego końca, poznać finał śledzonej historii. Jest to zasługa fenomenalnej narracji Scotta, który po prostu ma smykałkę do opowiadania podobnych historii, czego przykładem może być "Gladiator". W jego obrazie występuje mnogość wątków, w większości dotyczących Mojżesza i Ramzesa – zazdrości, władzy, zemsty, braterstwa czy też moralności, jednak tylko nieliczne zostają doprowadzone do końca, zaś inne, na które składają się znacznie ciekawsze motywy polityczne, etniczne lub religijne, znikają w nieprzeniknionej morskiej toni wzburzonego Morza Czerwonego. Jednakże cały obraz napędza zażyła relacja pomiędzy Mojżeszem i faraonem, która stopniowo przeobraża się w narastający konflikt. O dziwo ma on bardzo ludzki wymiar, ponieważ udział Boga został w tym aspekcie ograniczony do minimum. Był jedynie narzędziem do osiągnięcia celu. Nie on odpowiadał za niepotrzebny rozlew krwi, tylko nieprzemyślane decyzje Mojżesza oraz faraona. One były przyczyną opłakanych w skutkach plag, które doprowadziły kraj Ramzesa na skraju upadku, zaś niego samego niemal do śmierci. Na niewątpliwą uwagę zasługują również ciekawe pomysły inscenizacyjne – między innymi obraz Boga jako małego chłopca.


Domeną "Exodus: Bogowie i królowie" jest znakomita oprawa audiowizualna. Już początkowa scena batalistyczna daje nam przedsmak tego, co czeka nas w drugiej połowie produkcji. Ridley Scott filmuje plagi egipskie z niezwykłym rozmachem – zapomnijcie o półśrodkach, symbolice i innych tego typu zabiegach. Reżyser przedstawia upadek cywilizacji egipskiej w bardzo dosadny sposób. Niektóre sceny są dość brutalne i wzbudzają skrajne emocje, pomimo narzuconych przez producentów wymagań wiekowych (PG-13). Dzięki ograniczeniom  Scott znalazł się w niezłym impasie. Szczęśliwie doświadczony reżyser poradził sobie z nimi wzorowo, dzięki czemu "Exodus..." nie jest kolejną ugrzecznioną bajeczką dla dzieci. W produkcji mamy do czynienia z obrazem Boga okrutnika, który może szokować i przerażać. Wracając jednak do efektów... Robią piorunujące wrażenie. W połączeniu z dobrym udźwiękowieniem podnoszą napięcie oraz zapewniają nie lada rozrywkę - nikt nie powinien poczuć się pod tym względem rozczarowany.


W obrazie Scotta występuje plejada gwiazd Hollywoodu, lecz aktorstwo jest tylko poprawne. Nie żebym zarzucał im brak umiejętności, cała obsada to z pewnością utalentowani aktorzy, jednak "Exodus..." nie pozwala im zabłysnąć, rozwinąć skrzydeł. Winą należy obarczyć archetypiczne portrety pierwszo- oraz drugoplanowych bohaterów. Same proste schematy. Główny czarny charakter obrazu – Ramzes – opisany jest przez scenarzystów na podstawie połączenia w zasadzie dwóch  cech – impulsywności i lekkomyślności. Mojżesz z kolei to typowy twardziel, który nadawałby się do kina akcji. U wykreowanego przez Bale'a bohatera znajdziemy cechy z wcześniejszych odgrywanych przez niego postaci. To kolejny John Connor, Bruce Wayne – nie wierzycie? Mojżesz w "Exodus…" jest lepszym strategiem niż Aleksander Macedoński – w mgnieniu oka potrafi ocenić sytuację na polu bitwy. Ponadto mógłby stanąć w szranki z filmowym Maximusem i nawet wygrać pojedynek, tak więc naprawdę pomoc Boga nie jest mu do niczego potrzebna. Jednak to nie wina Bale'a, że dostał do odegrania klasycznego superbohatera, sam aktor wywiązuje się ze swojej roli poprawnie – wykreowany przez niego protagonista to dobra rzemieślnicza robota. Z drugoplanowych bohaterów na wyróżnienie zasługuje jedynie John Turturro, w filmie Seti, będący wzorcem ojca dla Mojżesza. Może nie dostał do odegrania zbyt wymagającej postaci, lecz dzięki temu, że zagrał bardzo przekonująco i gościł na ekranie więcej niż kilka minut, wykreował bohatera zapadającego w pamięć. Na dalszym planie znalazła się Sigourney Weaver – jako mściwa oraz bezduszna matka Ramzesa, Ben Kingsley – w roli Nun, którego bohater w zasadzie nic nie wnosi do filmu, oprócz ujawnienia pewniej tajemnicy, i Aaron Paul – praktycznie epizodyczny występ.


Trudno jednoznacznie ocenić najnowszą produkcję Ridleya Scotta. Wszystko zależy od osobistych wymagań i oczekiwań poszczególnych kinomanów, jak również ich podejścia do podjętego przez "Exodus…" tematu. Końcowy werdykt pozostawiam więc Wam, drodzy widzowie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (99 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)