Recenzja filmu Geostorm (2017)
Dean Devlin

Hity z satelity

Podobno spora część ludzkości wierzy w spiskową teorię o mocarstwach kontrolujących zjawiska atmosferyczne. Dla nich "Geostorm" będzie miał zapewne posmak fabularyzowanego dokumentu o boskich ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Geostorm (2017)
Podobno spora część ludzkości wierzy w spiskową teorię o mocarstwach kontrolujących zjawiska atmosferyczne. Dla nich "Geostorm" będzie miał zapewne posmak fabularyzowanego dokumentu o boskich inklinacjach władzy oraz huraganach uruchamianych na korbkę z samego kosmosu. Reszta może jednak spać spokojnie – to tylko nakręcone na autopilocie kino klasy Z o apokaliptycznym gradobiciu. Zbyt głupie, by traktować je serio, i zbyt dęte, by się dobrze bawić. 

photo.title

Gerard Butler gra twardego faceta o miękkim sercu, inżyniera, który w obliczu szalejących klęsk żywiołowych zbudował razem z międzynarodowym zespołem naukowców orbitalny system obrony. Wystarczy, że rozszalały ogień strawi zbyt wiele drzew albo panoszące się tornado wessie o jeden dom za dużo, a stacjonujący na gigantycznej stacji kosmicznej naukowcy wcisną odpowiedni guzik i pójdą na fajrant. Oczywiście, nie potrzeba wiele czasu, by tarcza została pomylona z mieczem i za sprawą sabotażu zamieniła się w śmiercionośne narzędzie zagłady. Na szczęście, jest jeszcze Butler – Bob Budowniczy, a przy okazji meteorolog, elektryk, astrofizyk, haker, komandos, hodowca jedwabników i alpinista. Nie zważając na dawne zatargi z chciwym rządem USA, nasz hiroł wsiada do rakiety i lada moment kroczy już wśród gwiazd celem powstrzymania kataklizmu. Miasta się walą, mosty palą, a bohater z szelmowskim uśmiechem przystępuje do działania. Mówiąc krótko, pogoda jeszcze pożałuje swojego buntu.  

photo.title photo.title photo.title  

Gdyby twórcy poprzestali na takim scenariuszu i nakręcili bezpretensjonalny disaster-porn z samotnym twardzielem, rzucającym wyzwanie matce naturze, pewnie łatwiej byłoby spojrzeć na "Geostorm" łaskawym okiem. Niestety, główny bohater ma do załatwienia jeszcze parę innych spraw. Musi na przykład dojść do porozumienia ze swoim młodszym bratem, który zrobił karierę w rządowych strukturach (Jim Sturgess) i zawrócić w głowie niemieckiej pani naukowiec (Alexandra Maria Lara). Z tego powodu akcja biegnie dwutorowo: podczas gdy Butler zadaje szyku w kosmosie, jego spocony brat gania po mieście, próbując ustalić, kto odpowiada za cały bałagan. I chociaż trudno w to uwierzyć, gwiezdne przygody są przy reszcie filmu krynicą dystansu oraz logiki przyczynowo-skutkowej. Tu jakaś usterka, tam niepokojący sygnał, generalnie łażenie po korytarzach i parodia fantastyki naukowej. Na Ziemi tymczasem cyrk na kółkach: stumetrowy słup ognia wzięty za wybuch gazu, sekretarz obrony strzelający z bazooki, dwa zakochane, lecz ukrywające swój związek gołąbki z Białego Domu, a do tego kataklizmy inscenizowane w pijackim widzie.   

Twórcy kręcą globusem, zatrzymują go palcem i odpalają narracyjny schemat. Najpierw widzimy Bogu ducha winnego szaraka, który pasie kozy, sprzedaje gazety albo wyleguje się na plaży. Później – niczym morderca w horrorze – niepostrzeżenie zakrada się do niego klęska żywiołowa (wygrywa beduin zaskoczony przez skitraną za wydmą, 30-metrową falę tsunami). Wreszcie, następuje dramatyczna ucieczka, spuentowana umiarkowanym – w końcu reszta miasta nie żyje – happy endem. Nie dziwię się twórcom, że chcą wzbudzić ciepłe uczucia wobec statystów, ponieważ profesjonalni aktorzy ewidentnie robią sobie jaja. Intryguje mnie natomiast, dlaczego wspomniane sceny katastrof pozbawione są dramaturgii, efekty specjalne wpędzają w zadumę nad wysokością budżetu, zaś akcent położony został na akademickie dyskusje w czterech ścianach. 

Jako że większość blisko dwugodzinnego metrażu wypełnia ekspozycja (będzie jej z 3/4), napakowany akcją finał sprawia wrażenie nie tylko wymuszonego, ale i pochodzącego z innej galaktyki. Nie jest niczym imponującym, ale przynajmniej odwraca uwagę od kabaretowych wyczynów Butlera, narracyjnej indolencji scenarzystów oraz koncepcji, na mocy której bezwstydna zrzynka z "Armageddonu", ma się co chwilę zamieniać w relację z klubu dyskusyjnego. Albo ze mną jest coś nie tak, albo nie o to chodzi w filmie zatytułowanym "Geostorm".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (95 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)