Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (2017)
Rian Johnson

Hollywood Hills

Najnowsze "Gwiezdne wojny" odstawiają zmartwychwstanie szybciej niż "Liga Sprawiedliwości", proponują humor, który u "Strażników Galaktyki" powoduje zażenowanie, no i nie mają w sobie tyle ...
Filmweb sp. z o.o.
Cóż by to było, gdyby czwarta część "Władcy pierścieni" rozpoczynała się od rzezi sojuszu ludzi i elfów w wykonaniu armii Saurona? Lub czy kapitan Kirk na początku każdej części "Star Treka" musi od nowa wstępować w szeregi Floty? No właśnie. Więc gdzie tkwi w tym logika, kiedy epizody VI i VII kończą się epickim zwycięstwem buntowników nad kosmicznymi nazistami, a mimo to wielcy przegrani poprzednich części mimo regularnego zbierania batów są wciąż dosłownie o krok od zmiażdżenia swoich rebelianckich oponentów? Panowie od linii czasowej nowych "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015)Gwiezdnych wojen" ch**a wymyślili a nie historię i po powtórce zaserwowanej w "Przebudzeniu Mocy" dalej nie mają skrupułów, by obrażać inteligencję widza. 

photo.title

Jednym z wątków "Ostatniego Jedi" jest oczywiście tytułowy konflikt, toczący się między jakąś Rebelią a jakimś Imperium. Bez szerszego kontekstu i logicznego ciągu zdarzeń przypomina to wymyśloną na potrzebę chwili zabawę sześciolatka, o której się zapomina w kilka sekund po odłożeniu zabawek. Tak, tęsknię za tłem politycznym z epizodów I - III, które może nie było najbardziej ekscytujące, ale jak widać na dłuższą metę przydatne. Posunę się wręcz do tak bezwzględnej obelgi, iż nawet na siłę wymyślona sieć powiązań ośmiu części "Szybkich i wściekłych" ma w sobie więcej logiki niż ciąg przyczynowo skutkowy z "Ostatniego Jedi".

Wymagać jednoczesnego napisania scenariuszy do wszystkich trzech nowych części Sagi nie będzie nawet największy idealista, ale przed wejściem na plan tego "Przebudzenia Mocy" można było chociaż nakreślić wstępny konspekt, że dany bohater zrobi to i to, aby ostatecznie w IX epizodzie stać się takim lub takim kozakiem. Te naiwne nadzieje można już jednak włożyć między bajki. Najnowsza trylogia "Gwiezdnych wojen" jest równie starannie zaplanowana co kinowe uniwersum DC (cóż za bezwzględna obelga, milordzie). Reżyser "Ostatniego Jedi" powinien po stopach całować Abramsa, że ten zostawił mu jeszcze jednego głównego bohatera starej trylogii do nostalgicznej reinterpretacji. Mark Hamill jest wyborny niczym najlepsze wino i włada każdym kadrem, w którym się pojawia, a co najważniejsze, nie wydaje się cyfrowo podrasowany przez komputer. Nie znaleziono za to pomysłu na nowe postaci jak i cały wątek Rebelii, czy tam Ruchu Oporu, czy innych patusów, którzy nie dość że sami nie potrafili zaproponować harmonijnej wizji współistnienia galaktyki, to jeszcze teraz czepiają się gwiezdnych nazistów, że ci wzięli sprawy w swoje ręce. Chciałoby się zapomnieć, że nawet jak na standardy bajki science fiction ukazane uniwersum zostało patologicznie wykreowane, ale za nic w świecie nie można, gdy kolejny absurd przypomina o tym na każdym kroku, łamiąc zasady ustalone w poprzednich epizodach.

photo.title   photo.title   photo.title   photo.title   photo.title   photo.title

Nic, tylko cierpieć pozostaje, bo te rebelianckie niedorajdy siedzą na statku i ich wątek tylko czas ekranowy marnuje. Nuda, frustracja i sztuczne przedłużanie, a na finał dochodzi najidiotyczniejsze rozwiązanie z całej Sagi, które nawet trylogii prequelów by nie przystawało wykorzystać. Taktyka militarna ukazana w filmie jest zwyczajnie niedorzeczna w swym całkowitym idiotyzmie od pierwszej do ostatniej sceny. Tylko Poe Dameron o dziwo staje się meta komentarzem na temat własnego archetypu, stąd w zabawie z konwencją przynajmniej potrafi zaskoczyć. Na drugim krańcu jakości odnaleźć możemy za to Finna, który zupełnie zatracił wszelkie znaczenie i winien zginąć jeszcze na stole montażowym. Już drugi film wałęsa się po ekranie, a wciąż nic z tego nie wynika. Nawet gdy partneruje mu tworzący genialną kreację, acz wybitnie niepotrzebny Benicio Del Toro i tragicznie napisana azjatycka pomagierka (która nie zasłużyła, by ją w ogóle z imienia wspominać), to wszelka jakość pozostaje drugorzędna wobec faktu zerowego wpływu ich wątku na właściwą fabułę. 

Zwłaszcza że dla kontrastu dobre słowo można rzec o "dżedajach". Po tym jak "Przebudzenie" nie zaspokoiło apetytu na miecze świetlne, tym razem wojownicy Mocy nie tylko mogą pomachać swoją bronią w iście przeepickiej aranżacji, lecz również autentycznie dostają poważne dylematy do refleksji, a pytania z ich przeszłości nie pozostaną bez odpowiedzi. Ładnie się z fanowską wiedzą na temat zakonu Jedi pobawiono. Nawet Adam Driver wyrósł na dobrze zagranego Anakina Skywalkera, silnie uwikłanego w roszady twórców, którzy bezczelnie igrają z przyzwyczajeniami widza, ale zazwyczaj z tej gierki wychodzą obronną ręką, kończąc wszystko o wiele ciekawiej (czyt. mniej konwencjonalnie), niż to mogliśmy zaobserwować epizod wcześniej. 

photo.title   photo.title   photo.title  

Rian Johnson ewidentnie próbował nakręcił coś nieszablonowego, ale jednocześnie pozwolił studiu wepchnąć od groma niepotrzebnego "lore", które w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nawet krzesła do filmu nie wnosi i wydatnie przyczynia się do nieprzyzwoicie długiego metrażu. Ktoś tu ewidentnie nie chciał skończyć wyrzucony na zbitą buzię jak reżyserowie "Łachudry jednego" i "Samotnego Hana", a producentka udowodniła, że może jednak nie wszystko wie najlepiej. Upadł mit genialnej serii, a o pewnej wyjątkowości trudno mówić, gdy najnowsze "Gwiezdne wojny" odstawiają zmartwychwstanie szybciej niż "Liga Sprawiedliwości", proponują humor, który u "Strażników Galaktyki" powoduje zażenowanie, no i nie mają w sobie tyle nieskrępowanej, dziecięcej fantazji co "Transformers: Ostatni rycerz", choć sceny akcji potrafią być niemal równie porywające co u Michaela Baya.

"Ostatni Jedi" zawiera tony nieciekawej i niepotrzebnej treści, która może zamienić seans w przeprawę przez piekło. Aczkolwiek warto się w tę męczącą podróż wybrać. Otrzymaliśmy bowiem ten mniej odtwórczy epizod, który nie tak dosłownie jak "Przebudzenie Mocy", lecz bardziej ironicznie i metakontekstualnie (nie, nie istnieje takie słowo) podąża za nawykami z najlepszej trylogii. Prowadzi to do wielu złych jak i dobrych elementów. Zignorowania wszelkiego technologicznego sensu i tego badziewnego wątku "re-coś tam buntowników" nie sposób przeboleć, więc pozostaje się jedynie cieszyć, iż pod ciemną masą beznadziei udało się stworzyć jedne z najlepszych starć w serii i nie mówię tu tylko o pojedynku na miecze. Postawiono bowiem dwa imponujące fundamenty o imionach Kylo i Rey. Na nich i tylko na nich faktycznie można zbudować epicki finał "nowszej" trylogii. Więc nam, łatwowiernym fanom, pozostaje trzymać kciuki, że z projektu "Ostatni Jedi" producenci wyniosą coś więcej niż setki kilogramów banknotów o najwyższym nominale i ostatecznie wyciągną naukę ze swojego "sprzedać jak najwięcej zabawek" podejścia.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (32 głosy).
Roy_v_beck
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)