Recenzja filmu Królowa Hiszpanii (2016)
Fernando Trueba

Hollywood w Hiszpanii

 Trueba zachowuje się, jakby – wzorem bohaterów – i jego ręce wiązała cenzura: ponieważ nie chce ostudzić zabawowego klimatu całości, tonuje dramatyczny ciężar, uciekając się do niedopowiedzeń, ...
Filmweb sp. z o.o.
Reżyser przysypia, komendę "akcja!" musi wydawać producent, drugi reżyser został aresztowany, konsultantkę historyczną wywieziono z planu wbrew jej woli, a jedyna osoba, która jako tako trzyma rękę na pulsie, to asystent. "Królowa Hiszpanii" –sequel "Dziewczyny marzeń" z 1998 roku – zabiera nas na plan widowiskowego produkcyjniaka z lat 50. i zaprasza do załamania rąk nad tą śmieszno-straszną filmową katastrofą, gdzie ramię w ramię idą osobiste problemy i polityczne tarapaty. Koniec końców żart obraca się jednak przeciwko twórcom. Nie ma to jak obśmiać słaby film w ramach innego słabego filmu. 


Reżyser Fernando Trueba idzie tropem Coenowskiego "Ave, Cezar". Skrupulatnie odtworzona magia kina sprzed pół wieku ma być zarazem listem miłosnym do złotego wieku X muzy i demaskatorskim rzutem oka za kulisy spektaklu. Do Hiszpanii generała Franco przyjeżdżają amerykańscy producenci, wygnani z Hollywood przez polującego na komunistyczne czarownice senatora McCarthy'ego. Wpadli jednak z deszczu pod rynnę: Franco pozwala im kręcić film, ale pod warunkiem, że będzie to napisana na kolanie sztampowa historyjka o królowej Izabeli I Kastylijskiej. Punkt wyjścia – wdzięczny. Zamiast drapieżnej satyry Trueba proponuje jednak komediową konfekcję w stylu "ale głupi (choć sympatyczni) ci filmowcy", która nijak nie chce skleić się z próbą politycznego rozliczenia z przeszłością. 

"Królowa Hiszpanii" to kino "retro" nie tylko ze względu na zwrot ku przeszłości. Trueba reżyseruje ciężką ręką i opowiada swoją historię w żółwim – nazwijmy je łaskawie "klasycznym" – tempie. Film jest zarazem przegadany i niedoważony. Za dużo tu słów, a za mało wielowymiarowych postaci i rasowych gagów. Reżyser każe nam spędzić 2 godziny i 8 minut w towarzystwie zagranych na jednej nucie charakterów, rozprasowując w nieskończoność swoje dwa pomysły na hiszpańsko-amerykańskie nieporozumienia. Wszystkie te obyczajowe perypetie, językowe potknięcia i męsko-męskie zaloty trącą jednak myszką i – co gorsza – nie śmieszą.
Trueba puszcza też oko do filmoznawców: "wielki amerykański reżyser" John Scott ewidentnie stylizowany jest na Johna Forda, zaś Penelope Cruz zostaje wmontowana w scenę z klasycznego filmu z Kirkiem Douglasem. Ale to jałowe, nic niewnoszące cytaty.  


A skoro mowa o Cruz – zawiodą się też ci, którzy liczyli na jej show. Grana przez nią Macarena Granada, hollywoodzka gwiazda hiszpańskiego pochodzenia, która łączy rozbuchany seksualny temperament z wrażliwym serduszkiem – inaczej niż w "Dziewczynie marzeń" – jest w zasadzie postacią drugoplanową. A jednak to ona dźwiga ciężar tematyczny filmu. Sugeruje to już utrzymana w stylu kroniki filmowej czołówka, gdzie podniosłe wieści o końcu II wojny światowej sąsiadują – i kontrastują – z plotkami o romansach Macareny. Te dwa bieguny spotkają się w wątku Blasa (Antonio Resines), reżysera i byłego ukochanego Granady, który po powrocie do kraju zostaje aresztowany i zamknięty w obozie pracy. Cała druga połowa filmu to opowieść o aktorach jednoczących się w próbie uwolnienia starego przyjaciela. Trueba zachowuje się jednak, jakby – wzorem bohaterów – i jego ręce wiązała cenzura: ponieważ nie chce ostudzić zabawowego klimatu całości, tonuje dramatyczny ciężar, uciekając się do niedopowiedzeń, puszczania oka i ślizgania się po temacie. Z jednej strony slapstickowa misja, z drugiej – wyliczanka reżimowych zbrodni. Jedno i drugie raczej cienkie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 65% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby