Recenzja gry UNDER NIGHT IN-BIRTH Exe:Late[st] (2015)

Idzie bitka ciemną nocą

Słysząc, że na moją konsolę trafia ni z tego, ni z owego gra, która od lat śmiga na automatach, mam nieodparte skojarzenia z pewna starachowicką masarnią, gdzie niegdyś przemywano przeterminowaną ...
Filmweb sp. z o.o.
Słysząc, że na moją konsolę trafia ni z tego, ni z owego gra, która od lat śmiga na automatach, mam nieodparte skojarzenia z pewna starachowicką masarnią, gdzie niegdyś przemywano przeterminowaną podwawelską środkiem do udrażniania rur – czy innym cholerstwem – i kierowano z powrotem na sklepowe półki. Smacznego! A może raczej: miłego grania!


Ale niech nikogo nie zwiedzie ten zalatujący stęchlizną recenzencki prolog, bo śpieszę donieść, że za przydługim tytułem "Under Night In-Birth Exe: Late[st]" kryje się całkiem przyzwoita bijatyka i to bynajmniej nie zaśniedziała. Bo ktoś, kto nie miał jakiś cudem okazji przelecieć się do Japonii tylko po to, aby przetestować tam rzeczony tytuł, kręcił przecież nosem nie będzie, że nareszcie może sobie pograć. Tyle że opisywana pozycja to już drugi update na domowe konsole, lecz usprawniony, bo wydłużony o jakieś dziesięć godzin rozgrywki. Ograniczonej do naciskania co kilka minut jednego przycisku. Tryb Chronicles, jakim nas uraczono, miał pełnić funkcję uzupełniającą dla niekomplikowanej, acz pokręconej fabuły o przypominających cienie istotach najeżdżających Japonię z częstotliwością cioci z Ameryki. I faktycznie. Pierwsze trzy plansze tekstu przeczytałem. Kolejnych trzynaście przejechałem zniecierpliwionym spojrzeniem. Następnych trzydzieści ominąłem. Nie neguję, że Chronicles rozwija szczątkową narrację trybu Story (nie jesteśmy na niego skazani; można też walczyć na czas albo podejmować wyzwania), ale robi to przy pomocy rozwlekłej powieści przeznaczonej dla nastoletniego odbiorcy, o tempie narracji charakterystycznym dla wyjątkowo ślamazarnego anime. Czasem mniej naprawdę znaczy więcej.

photo.title   photo.title   photo.title

Dość jednak wyzłośliwiania się na tę cokolwiek osobliwą pomysłowość kreatywnego japońskiego teamu, szczególnie że "Under Night In-Birth Exe: Late[st]" to kawał porządnej rozwałki aktywnie zachęcającej gracza do agresywnego napierania na przeciwnika. Dość przyczajania się na drugim końcu areny albo biernego wyczekiwania na odpowiedni moment do wymierzenia tego jednego jedynego zabójczego kopniaka. Co nie znaczy, że można tutaj machać łapą jak cepem, to nie szkolna solówka. Chodzi o to, że kluczem do wygrania następujących po sobie rund (mowa o trybie jednoosobowym, gdzie gra nie traci czasu na częste, długaśne przerywniki, tu trzeba się prać po mordach, a nie jakieś tam herbatki!) jest napełniający się pasek GRD (Grind Grid), który napełniamy, serwując celne ciosy. Ale też i udanie blokując, dlatego zwolennicy gry defensywnej nie zostaną z miejsca wykluczeni. Rzecz w tym, aby nie stać bezczynnie, tylko nacierać. Bijemy się tutaj, najczęściej twardo stąpając po ziemi, ataki z wyskoku są rzadkie i marne (nie ma chociażby double jumpa), co nie ujmuje im spektakularności. Zamaszyste ciosy pozostawiają po sobie kolorowe smugi, cały czas coś błyska, świeci, huczy i świszczy. Dynamika gry nie wyklucza jednak strategicznego podejścia do przeciwnika, przeciwnie, bo GRD niejako wymusza staranne, acz szybkie planowanie kolejnego ataku. Zresztą "Under Night In-Birth Exe: Late[st]" to wysoce estetyczna gra ze starannie rozrysowanymi ręcznie, sprawnie animowanymi postaciami. I, niestety, marnymi tłami, na których nie dzieje się nic godnego uwagi. Fototapeta sprawdziłaby się podobnie.

photo.title   photo.title   photo.title

Opisywana gra ma stosunkowo niski próg wejścia i po kwadransie z nią spędzonym nawet nowicjusze będą potrafili wyprowadzić proste combo (sterowanie bazuje, oczywiście, na schemacie zapożyczonym z automatu), ale szlifować umiejętności można jeszcze długo, bo na paru kombinacjach się nie kończy. Odpowiednie zbilansowanie jest jedną z większych zalet "Under Night In-Birth Exe: Late[st]", bo śmiało można odpalić grę, kiedy przyjdzie koleżanka/kolega i bez żenady rozegrać kilka partyjek nieprzypominających starcia paralityka z pijanym mistrzem. Nie udało się tylko podobnie zrównoważyć zaprezentowanej fabuły, ale akurat na tę kwestię uwagę zwracają tylko fetyszyści. Dlatego jeśli nim nie jesteś, dodaj, proszę, do oceny jeszcze jedno oczko.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 6/10 niezła