Recenzja filmu Skarb narodów (2004)
Jon Turteltaub

Indianie Jonesowi w XXI wieku mówimy: NIE!

Dopiero teraz zdecydowałem się obejrzeć "Skarb narodów", czyli jak na razie najbardziej dochodowy film w karierze Nicolasa Cage'a. Czy jednak jest to najlepszy film w jego karierze? Jego ...
Filmweb sp. z o.o.
Dopiero teraz zdecydowałem się obejrzeć "Skarb narodów", czyli jak na razie najbardziej dochodowy film w karierze Nicolasa Cage'a. Czy jednak jest to najlepszy film w jego karierze? Jego filmografii co prawda zbyt dobrze nie znam, gdyż jest to aktor, którego osobiście specjalnie nie lubię, ale akurat na to pytanie odpowiedzieć mogę bez trudu. Otóż zdecydowanie nie! Dlaczego? Postaram się to wytłumaczyć w poniższej recenzji...

Film opowiada historię rodziny Benjamina Franklina Gatesa, która już od wielu pokoleń zajmuje się szukaniem skarbu Templariuszy. Benjamin odkrywa kolejne wskazówki, prowadzące do skarbu, ale nie jest to takie łatwe, gdyż na jego drodze staje ktoś, komu w równym stopniu zależy na odnalezieniu zaginionego skarbu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze piękna pani archiwistka, Abigail Chase, z którą główny bohater rozpoczyna wyprawę, zakończoną oczywiście "pięknym" happy endem.

Niestety, znów otrzymaliśmy koszmarny schemat kina przygodowego, czyli dużo akcji i szczęśliwe zakończenie, tyle że tym razem twórcy jakby w ramach wyjątku postanowili pozbawić swoje dzieło jakiegokolwiek humoru, które zwykle gatunek ów charakteryzowało. Tak oto otrzymaliśmy mało śmieszny, schematyczny, a na dodatek naiwny "Skarb narodów", zrealizowany przez twórców, tak jak wyżej poinformowałem, "na poważnie". Piszę słowa te w cudzysłowu, gdyż to, co widz otrzymuje w tym filmie wręcz nagminnie, można nazwać raczej parodią (w złym znaczeniu tego słowa) filmu przygodowego, a nie jego przedstawicielem.

Obraz ten może pochwalić się naprawdę dobrą obsadą. W roli głównej widzimy Nicolasa Cage'a, który gra Bena Gatesa, wręcz pochłoniętego swoją pasją poszukiwacza skarbu Templariuszy. Nie jest to może postać wiarygodna (jak zresztą żadna w tym filmie), ale na pewno dość dobrze zagrana. U boku wspaniałego i odważnego Bena, który potrafi skoczyć do wody z kilkunastu metrów i nic sobie nie złamać, można podziwiać niezwykle okazałą byłą Helenę Trojańską, czyli Diane Kruger. I chociaż ładnie ona wygląda, to już z jej grą jest znacznie gorzej. W filmie tym złego i paskudnego Iana Howe'a, który za wszelką cenę próbuje odebrać bohaterom skarb, gra Sean Bean i o dziwo w tym filmie nie umiera. Mniejsze role w ów obrazie zagrali weterani kina, czyli Jon Voight jako ojciec Bena, Christopher Plummer jako jego dziadek i Harvey Keitel jako policyjny detektyw.

Twórcy zapewne pomyśleli sobie: "Wmówmy tym tępym widzom, jakąś denną bajeczkę, wywalmy dużo efektów specjalnych, ładnych aktorów i mamy hit!". Niestety, co najgorsze - mieli rację, gdyż film odniósł duży sukces kasowy. Tak więc, jak już napisałem, powstał bardzo "ambitny" pomysł na film. Twórcy przekręcili całkowicie historię Templariuszy i na dodatek dodali do tego całą masę zupełnie niewiarygodnych scen, przepełnionych pościgami, wybuchami i nie wiadomo czym jeszcze. Wiem, że od kina przygodowego nie można wymagać logiki czy jakiegoś perfekcyjnego scenariusza, ale to już jest delikatnie mówiąc - lekka przesada. Wygląda na to, że niezwykle utalentowani i inteligentni twórcy scenariusza do tego "dzieła" nie uczęszczali zbyt często na lekcje historii i tak oto zrodził się genialny pomysł na nakręcenie tego, jak już napisałem, ambitnego i swoją głupotą zapierającego dech w piersiach dzieła.

Teraz może skończę narzekanie i choć nie jest to łatwe, zacznę pisać o tym co w filmie zasługuje na pochwałę. Na pewno na pierwszy plan wybija się całkiem sprawna realizacja "Skarbu narodów". Efektów specjalnych dość dużo jest, ale tak naprawdę ich nigdy nie widać. Akcji też jest bardzo dużo i niby wszystko jest w porządku, ale jest jej zbyt wiele, a w dodatku czasami niektóre sceny są tak mało prawdopodobne, że od razu widowiskowość tego obrazu spada i to znacznie. Bo komu chce się oglądać raz na dwie minuty jakąś scenę akcji, w której bohaterowie wyprawiają takie rzeczy jak postaci z filmów animowanych? Odpowiem na to pytanie - nikomu. Miałem wymieniać teraz zalety, więc przechodzę do innych elementów tej produkcji. Na pewno na plus zasługują całkiem dobrze wykonane zdjęcia Caleba Deschanela, a także muzyka Trevora Rabina. Cóż napisać więcej? Na pewno plusem może być także naprawdę gwiazdorska obsada, a także nazwisko producenta (Jerry Bruckheimer) i także całkiem popularnego reżysera (Jon Turteltaub), autora filmów takich jak "Ja cię kocham, a ty śpisz" czy "Dzieciak".

Podsumowując: "Skarb narodów" jest filmem, który zawiódł mnie na całej linii, bo spodziewałem się filmu chociaż po części logicznego i chociaż trochę przypominającego to, co zobaczyłem w zwiastunie. Tam zapowiadało się na kino zapierające dech w piersiach, tu może i efekt był podobny, ale spowodowany niestety zupełnie czymś innym. Żeby ktoś po przeczytaniu mojej recenzji nie pomyślał, że obraz ten jest szczytem tandety i głupoty dzisiejszych twórców, to napiszę, że taki najgorszy nie był, ale zdecydowanie nie mogę go polecić widzom, którzy nie lubią filmów, w których treść zdecydowanie przerastają efekty specjalne i bełkot, nazywany przypuszczalnie przez ich twórców - dialogami. Skarbem narodowym, a już tym bardziej narodów, produkcja ta nie jest, a zachwycać się nią może co najwyżej średnio rozwinięty dziesięciolatek. Szkoda czasu i pieniędzy, gdyż "Skarb narodów" jest kolejnym schematycznym, nic nie wnoszącym do tematu filmem przygodowym, czerpiącym całymi garściami od swoich poprzedników.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 24% uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)