Recenzja filmu Jego brat (2003)
Patrice Chéreau

Intymność

Pewnego wieczoru w mieszkaniu Luca pojawia się jego starszy brat, Thomas. Obaj dawno się nie widzieli i żywią do siebie skrywane urazy. Mimo tych nie najlepszych stosunków, Thomas prosi Luca, by ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Jego brat (2003)
Pewnego wieczoru w mieszkaniu Luca pojawia się jego starszy brat, Thomas. Obaj dawno się nie widzieli i żywią do siebie skrywane urazy. Mimo tych nie najlepszych stosunków, Thomas prosi Luca, by się nim zajął i dotrzymywał towarzystwa w trudnych, i być może ostatnich chwilach jego życia. Thomas cierpi bowiem na rzadką i nieuleczalną chorobę krwi. Luc postanawia spełnić życzenie brata.

"Jego brat" to najnowsza produkcja Patrice'a Chereau, twórcy "Intymności" i "Królowej Margot". Pod wieloma względami film przypomina "Intymność". Tu również jest dużo naturalizmu, fizyczności. Ciągle widzimy czyjeś ciała w całości lub fragmentarycznie: nagie, półnagie, owłosione, ogolone, młode i czyste, posiniaczone, okaleczone. Nie chodzi jednak o szokowanie, bowiem fizyczność jest tu furtką do skrywanej i poplątanej psychiki bohaterów.

Przez większość czasu na planie obserwujemy tylko dwóch braci. Inni ludzie stanowią tylko epizody bez większego znaczenia, bo uwaga reżysera skupia się głównie na rodzeństwie. Przewrotny tytuł musza nas do zastanowienia się, kto w tym duecie ma większe znaczenie. Choć przez większość czasu obserwujemy zmagania chorego Thomasa, jego cierpienia i powolną agonię, to okazuje się, że tak naprawdę bohaterem filmu jest Luc, milczący świadek śmierci. "Jego brat" jest bowiem filmem, który mówi przede wszystkim o tym, jak śmierć wpływa nie tyle na swoje ofiary, przygotowujące się na jej nadejście, co na ich najbliższe otoczenie. To opowieść o bezsilności wobec nieuniknionego, o sposobach radzenia sobie ze świadomością, że śmierć czai się w pobliżu. Okazuje się, że wizja końca bardziej dotyka tych, którzy obserwują jego nadejście, niż tych, którzy go doświadczają.
Tak właśnie dzieje się w przypadku Luca i Thomasa. Początkowo Luc zgadza się na opiekę nad bratem nie z miłości do niego (są przecież w konflikcie i nauczyli się żyć bez siebie) ale z poczucia obowiązku dopełnienia ostatniej powinności wobec osoby, bądź co bądź, bliskiej. Pewnie nawet nie przypuszcza, że te kilka miesięcy spędzonych z Thomasem będą dla niego prawdziwą lekcją życia, której nigdy nie zapomni i za którą będzie wdzięczny losowi, że jego decyzja przyniesie mu spokój duszy i będzie okazją do dokonania szczerego rozrachunku z samym sobą.

Film Chereau nie jest dziełem jakoś nadzwyczajnie interesującym. Akcja toczy się leniwie, nie ma tu wielu dialogów, a poza jedną piosenką Marianne Faithful nie ma tu też muzyki. Większość scen rozgrywa się w naturalnej ciszy. Czasem tylko przerywają ją niekontrolowane wybuchy wylewności bohaterów, którzy w ten sposób komunikują nam szczegóły na temat przeszłości. Momentami rozciągnięta w czasie agonia Thomasa staje się więc męcząca i niezręczna nie tylko dla bohaterów obrazu, ale także i dla widza.
Nie sposób jednak być obojętnym na to, co dzieje się na ekranie. Przekonujące aktorstwo, wymowne, naturalistyczne niemal sceny wywołują w widzu raz za razem sporo emocji. Wszystko wydaje się prawdziwe, nieudawane. Taki efekt wzmagają ujęcia kręcone kamerą z ręki i użycie naturalnego światła, specyfika niemalże zaczerpnięta z Dogmy. Wielką siłą filmu są także kontrasty. Lekceważąc chronologiczny porządek, reżyser przeplata sceny szpitalne ze ujęciami kręconymi na pięknej bretońskiej plaży. To połączenie szokuje. Wychudzony, z trudem poruszający się Thomas nijak nie pasuje nam do widoku plaży, kojarzącej się ze słońcem, życiem, werwą, ciałami giętkimi, opalonymi.
To jeszcze bardziej podkreśla fakt, że śmierć stanowi paradoksalnie nieodłączną część naszego życia, jak blisko nam wszystkim do ostatecznego końca. Warto o tym pamiętać, by czas nam dany spożytkować jak najlepiej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).