Recenzja filmu Kto nigdy nie żył... (2006)
Andrzej Seweryn

Jak mam cię kochać, kiedy nie rozumiem...

Polska premiera dramatu Andrzeja Seweryna "Kto nigdy nie żył..." odbyła się podczas tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty. Obraz wcześniej pokazywany był na festiwalu w Moskwie, gdzie nie ...
Filmweb sp. z o.o.
Polska premiera dramatu Andrzeja Seweryna "Kto nigdy nie żył..." odbyła się podczas tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty. Obraz wcześniej pokazywany był na festiwalu w Moskwie, gdzie nie zdobył przychylności tamtejszych krytyków. Film podzielił również nowohoryzontową publiczność i zapewne podzieli również widzów, którzy zdecydują się wybrać na film do kina.

Bohaterem "Kto nigdy nie żył..." jest młody, charyzmatyczny ksiądz Jan na co dzień pracujący z uzależnioną młodzieżą. Pewnego dnia dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV. Załamany, wątpiący w swoją wiarę szuka schronienia i spokoju w odizolowanym od świata klasztorze.

Debiutując w roli reżysera filmowego Andrzej Seweryn podjął się przekazania widzom niezwykle trudnej, wielowymiarowej historii. "Kto nigdy nie żył..." to bowiem nie tylko opowieść o chorym kapłanie, ale również otaczających go ludziach, z których każdy boryka się z własnymi problemami.

Film otwiera niezwykle mocna scena pokazująca Jana udzielającego pomocy umierającemu narkomanowi. Dynamiczne zdjęcia kręcone kamerą "z ręki" potęgują emocje, jakie przeżywają bohaterowie na ekranie. Później też jest nieźle. Poznajemy ludzi, z którymi pracuje ksiądz, jesteśmy świadkami śmierci jednej z jego podopiecznych (świetna scena pogrzebu), a wreszcie widzimy, jak dowiaduje się o swojej chorobie, chorobie, która - jak mówi jego matka - jest wielkim wstydem.

Jednak z chwilą gdy Jan opuszcza miasto i trafia do zakonu, tempo filmu wyraźnie słabnie. Obraz zaczyna razić nieco sentymentalnymi scenami, dosłownością oraz dialogami brzmiącymi niekiedy jak sentencje. Wydaje się, że Seweryn nie do końca wierzył również w inteligencję widzów. Dowodzi tego fakt, że wiele oczywistych elementów wynikających z fabuły filmu jest dodatkowo podkreślanych płynącymi spoza kadru piosenkami przywodzącymi na myśl twórczość Arki Noego. Jak mam cię kochać, kiedy nie rozumiem - śpiewa Robert Janowski w chwili, kiedy Michał Żebrowski dowiedziawszy się o swojej chorobie samotnie zadumany przemierza warszawskie ulice.

W trzeciej części filmu, kiedy Jan opuszcza klasztorne mury, akcja znów nabiera tempa. Pojawiają się nowi bohaterowie, spośród których najbardziej wyróżnia się Artur - pracownik firmy reklamowej fenomenalnie odtwarzany przez Wojciecha Mecwaldowskiego. Jednak i tutaj nie udało się reżyserowi uniknąć kilku potknięć. W niezwykle istotnej i pełnej napięcia scenie spotkania Jana i przypadkowo poznanej Marty sala wybucha śmiechem, co - jak twierdzi Seweryn - nie było jego celem.

Tragiczna historia chorego księdza doprowadza nas do naiwnego i nierealistycznego finału. Wydaje się, że Seweryn nie miał odwagi mocniej rozwinąć tematu, o którym opowiadał. Również Michałowi Żebrowskiemu nie udało się do końca pokazać rozterek swojego bohatera. Po "Pręgach" to już druga rola w jego karierze, w której wciela się w postać człowieka borykającego się z przerastającym go problemem i nie potrafiącego pogodzić się z przeznaczeniem. Niestety, zagrana bardzo podobnie. Gdyby nie obfity zarost i długie włosy można by odnieść wrażenie, że Żebrowski wciąż pozostał na planie filmu Magdaleny Piekorz.

Od strony technicznej "Kto nigdy nie żył..." jest profesjonalną produkcją z doskonałymi zdjęciami Piotra Wojtowicza i muzyką Jana A.P. Kaczmarka. Filmem, który się ogląda, ale który jednocześnie irytuje polityczną poprawnością, delikatnością w poruszaniu niektórych wątków i wreszcie nachalnym dopowiadaniem każdego aspektu fabuły.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (61 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)