Recenzja filmu Jestem przy tobie (2004)
Farah Khan

Jak to robią w Indiach

Efekty specjalne lepsze niż w "Matriksie"? Bijatyki mocniejsze niż w "Rambo"? Miłość silniejsza niż w brazylijskiej telenoweli? I to wszystko w jednym filmie? To możliwe, ale tylko pod warunkiem, ...
Filmweb sp. z o.o.
Efekty specjalne lepsze niż w "Matriksie"? Bijatyki mocniejsze niż w "Rambo"? Miłość silniejsza niż w brazylijskiej telenoweli? I to wszystko w jednym filmie? To możliwe, ale tylko pod warunkiem, że wyprodukowano go w Bollywood. Scenarzystka i reżyserka "Jestem przy tobie", Farah Khan do, na pozór tradycyjnej bollywoodzkiej, historii rodzinnej wkleiła cytaty filmowe, książkowe oraz kulturowe. Powstała opowieść prosta, pełna naiwnych rozwiązań fabularnych, ale też szalenie ironiczna, w której można zobaczyć, jaki jest wynik wzajemnego przenikania się kultur i doprawiania cudzych dań własnymi przyprawami. Przez takie wymieszanie film sprawia wrażenie chaotycznego, nie zawsze jest jasne, czy twórcy filmu są serio, czy żartują. Ale przecież oglądając bollywoodzkie produkcje, najlepiej podążyć za historią, niezależnie od tego, czy jest zgodna z zasadami filmowej logiki, czy nie.

Głównym bohaterem jest major Ram (Shah Rukh Khan). Jego ojciec, umierając, wyjawia mu rodzinną tajemnicę. Ram ma młodszego przyrodniego brata - Laxmana, który wraz ze swoją matką mieszka na drugim końcu Indii. Wkrótce los przetnie ścieżki braci, ponieważ Ram zostaje wysłany do collegu, gdzie ma ochraniać jedną z uczennic Sanjane. Jej kolegą ze szkolnej ławki jest Laxman. Oczywiście Ram podróżuje incognito. To prawdziwe mission impossible - Ram musi wtopić się w tłum młodszych studentów, czuwać nad Sanjaną, znaleźć brata i nie wzbudzając podejrzeń zbliżyć się do niego oraz codziennie odrabiać prace domowe z fizyki. A na dodatek zakochuje się w pięknej nauczycielce chemii. Szkoła znajduje się odległym zakątku Indii i żyje tylko własnymi sprawami. Wszystko rozgrywa się w tle przełomowego porozumienia między Pakistanem a Indiami, nad którym pieczę sprawuje przełożony Rama.

Już sama fabuła wymusza płynne poruszanie się między gatunkami - od thrillera politycznego, filmu akcji przez dramat obyczajowy, aż do romansu. I z powrotem. Trzeba przyznać, że całość wyszła dość zgrabnie. Jest to chaos kontrolowany, a reżyserka trzyma w garści wszystkie wątki, kolejno je podświetlając. Pod tym względem "Jestem przy tobie" oczywiście przypomina indyjską mieszankę przypraw, masalę, ale wiadomo, który smak dominuje.

Dla Europejskiego widza niezwykle zabawne są cytaty filmowe, wyolbrzymione do granic śmieszności. Jest to szansa zobaczenia "naszej" kultury oczami przedstawicieli innej. Gdy bohaterowie walczą na wzór postaci z "Matriksa" to w sposób o wiele bardziej łamiący prawa ciążenia oraz przekraczający możliwości ludzkich mięśni niż Neo czy Trinity. Latają, fikają, wyginają się tak, że dokonania postaci z "Hero" wydają się dziecięcymi igraszkami na placu zabaw. Poza zapożyczeniami kulturowymi pojawia się też typowe marketingowe zjawisko - product placement. Doskonale wiemy, jakiej marki są stroje, napoje i przekąski filmowych bohaterów. Choć akurat w tym przypadku może to być równie dobrze strategia producenta filmu, który potrzebował sponsorów.

W tym tyglu pełnym zabawnych tropów i motywów pojawiają się również tony poważne i wątki wręcz przełomowe. Ram jest owocem zdrady małżeńskiej, co kładzie się cieniem na wizerunku idealnej hinduskiej rodziny, która jak się okazuje, wyznaje nie tylko tradycyjną religię, ale chodzi też do katolickiego kościoła. Te dwa wątki pokazują, jak w dzisiejszych Indiach ludzie z wyższych kast żyją w duchowym rozdwojeniu pomiędzy hinduską tradycją i od lat modnymi wzorcami zachodnimi. Prości obywatele raczej hołdują tradycji i znają tylko hindi. Wykształceni zaś rozmawiają po angielsku, noszą się w stylu europejskim i robią karierę na zachodzie. Co zresztą reżyserka ironicznie komentuje - gdy Ram szuka w szkole swojego brata, przychodzi mu z pomocą kolega, który włamuje się do szkolnego komputera i znajduje dane YY. W końcu według stereotypu większość informatyków to Hindusi. Również największa gwiazda bollywoodzkiego kina - Shah Rukh Khan, który jest producentem filmu, gra postać, która jest parodią większości jego wcześniejszych ról. Jednocześnie jest to jedyny aktor, którego pojawienie się na ekranie wywołuje burzę braw. Również w Polsce. Widać magia Bollywoodu da się przełożyć na każdy język.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)