Recenzja filmu Millennium: Zamek z piasku, który runął (2009)
Daniel Alfredson

Jaka trylogia, taki jej koniec

Lisbeth Salander, bohaterka powieści Stiega Larssona, stała się fenomenem na skalę międzynarodową. Szwedzki pisarz stworzył postać ze wszech miar niebanalną - zupełnie inną niż spotykane do tej ...
Filmweb sp. z o.o.
Lisbeth Salander, bohaterka powieści Stiega Larssona, stała się fenomenem na skalę międzynarodową. Szwedzki pisarz stworzył postać ze wszech miar niebanalną - zupełnie inną niż spotykane do tej pory w literaturze kryminalnej, o osobliwym wyglądzie i sposobie bycia, odpychającą i społecznie nieprzystosowaną, ale jednocześnie naznaczoną traumatyczną przeszłością, niepospolicie uzdolnioną i - wbrew pozorom - o bogatej sferze uczuciowej. Sam Larsson twierdził podobno, że Lisbeth to Pippi Langstrumpf, tyle że dziesięć lat starsza. Salander porwała miliony czytelników ze względu na swoją oryginalność i świeżość. Noomi Rapace, która z powodzeniem wcieliła się w postać genialnej hakerki w ekranizacji prozy Larssona, powiedziała w jednym z wywiadów: "Ludziom podoba się w postaci Lisbeth to, że nie zgadza się na bycie ofiarą. (...) Nigdy nie użala się nad sobą, tylko postanawia zostać panią sytuacji. To ona dyktuje warunki". W trzeciej i ostatniej części sagi "Millennium" - zarówno książkowej jak i filmowej - poznajemy jej bolesną historię, która dopełnia nam obrazu dziewczyny bezwzględnie i bezczelnie krzywdzonej od najmłodszych lat przez najwyższe władze Szwecji.

"Millennium: Zamek z piasku, który runął" rozpoczyna się w chwili zakończenia historii z "Dziewczyny, która igrała z ogniem". Ciężko ranna Lisbeth trafia do szpitala po próbie zabicia i pogrzebania jej żywcem przez własnego ojca, byłego radzieckiego szpiega, Zalaczenkę. Powoli dochodzi do zdrowia, podczas gdy dziennikarz Mikael Blomkvist, dowiedziawszy się o zarzutach, jakie zostaną przedstawione Salander, rozpoczyna zbieranie materiałów do artykułu, który wykaże niewinność dziewczyny i wstrząśnie posadami szwedzkiego rządu.

W "Zamku..." Daniel Alfredson powtarza podstawowy błąd, który popełnił podczas realizacji "Dziewczyny, która igrała z ogniem" - brak płynności w prezentowanej historii. Przy okazji oceny tej drugiej pozycji wspomniałem, iż film został zmontowany z fragmentów już zrealizowanych, półtoragodzinnych odcinków szwedzkiego miniserialu "Millennium". Przez to odnosi się wrażenie, że akcja dzieje się od sceny do sceny. W przypadku "Zamku..." jest podobnie, choć całość wypada odrobinę lepiej niż w prequelu. Do ideału jednak brakuje wiele.

Również fabuła wydaje się nieco bardziej poukładana, nie brak w niej jednak skrótów i nielogiczności, które u fanów twórczości Larssona wzbudzą uśmiech politowania, u bardziej zagorzałych wielbicieli - poirytowanie, a u widza, który nie zetknął się wcześniej z książkową sagą - dezorientację. Historia nie jest też tak skondensowana jak w przypadku "Dziewczyny...", w której Alfredson chciał przekazać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, a najmocniejszą stroną scenariusza znów są dialogi zaczerpnięte wprost z powieści Larssona. Cóż jednak z tego, gdy całość poprowadzona jest w ślamazarnym tempie i momentami zwyczajnie nudzi. Miałem cichą nadzieję, że chociaż finał - w książce przecież tak spektakularny - nie zawiedzie. Niestety, mimo że to chyba najlepszy fragment filmu, nie wychyla się zbytnio ponad poziom przeciętnej całości. Co uważam natomiast za zaletę obrazu Alfredsona, to że niektóre sceny są niemal idealnym odzwierciedleniem wydarzeń opisanych w książce. Niewielkie to jednak pocieszenie przy pozbawionym śladu suspensu i nużącym ogólnym obrazie filmu.

Jednak, co muszę z ubolewaniem stwierdzić, najpoważniejszym jak dla mnie zarzutem wobec "Zamku..." jest fakt, że Alfredson praktycznie w ogóle zaniechał portretowania Szwecji. Stieg Larsson w swojej twórczości obalił mit idyllicznego, kojarzonego ze skandynawskim dostatkiem i nieskazitelną demokracją państwa. O ile w "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet" Niels Arden Oplev starał się choć po trosze ukazać mroczną stronę Szwecji i uczynił to w - powiedzmy - satysfakcjonującym stopniu, to już Alfredson zrezygnował z tego niemal całkowicie, skupiając się wyłącznie na intrydze. I nie miałbym nic przeciwko, jeśli historia zostałaby opowiedziana z przytupem chociaż w małej części odpowiadającym temu książkowemu. Brutalna prawda jest jednak taka, że obie znakomite książki, których ekranizacji podjął się Alfredson, nie zasługują na tak siermiężne filmowe adaptacje.

Całość ratuje nieco przekonujące aktorstwo. Nyqvist w moim odczuciu znów wypadł najlepiej - przynajmniej w porównaniu do "Dziewczyny...", w pierwszej części pierwsze skrzypce gra bowiem Rapace. Ona sama także zaprezentowała się solidnie, zresztą jak w każdej części adaptacji trylogii. Świetne kreacje stworzyli także aktorzy drugiego planu - Anders Ahlbom jako Peter Teleborian, Aksel Morisse w roli doktora Jonassona, Niklas Hjulström jako prokurator Ekström, czy znakomita Annika Hallin jako adwokat Annika Giannini są po prostu bardzo dobrzy. Zawodzi jedynie Lena Endre w roli Eriki Berger, która kompletnie nie potrafiła oddać energii książkowego pierwowzoru.

Stieg Larsson napisał już dwieście stron nowych przygód Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista, a jeśli wierzyć plotkom - miał gotowych konspektów na kolejne dziesięć powieści. Odszedł jednak przedwcześnie, nie doczekawszy splendoru i zostawiając przyszłych wielbicieli swojej twórczości w bezsilnej rozpaczy. Na zawsze wpisał się jednak w annały literatury. Do kanonu gatunku filmowego kryminału nie przejdzie jednak ani "Zamek z piasku, który runął", ani żadna z poprzednich części ekranizacji sagi "Millennium" (przy całym szacunku dla solidnej realizacji "Mężczyzn..."). Szkoda jedynie, że tak znakomite tytuły doczekały się co najwyżej poprawnych ekranizacji. Zobaczymy, co przyniesie czas i projekt Davida Finchera.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (73 głosy).
_encore_
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły