Recenzja filmu Człowiek z magicznym pudełkiem (2017)
Bodo Kox

Jaki kraj, taki "Blade Runner"

"Człowiek z magicznym pudełkiem" to polskie science fiction, gatunek nieczęsto spotykany w rodzimej kinematografii, którego pozytywne przykłady kończą się prawdopodobnie na kilku filmach Piotra ...
Filmweb sp. z o.o.
"Człowiek z magicznym pudełkiem" to polskie science fiction, gatunek nieczęsto spotykany w rodzimej kinematografii, którego pozytywne przykłady kończą się prawdopodobnie na kilku filmach Piotra Szulkina, czyli w połowie lat 80. Czy Bodo Koxowi udaje się przełamać tę złą passę?
Fabuła skupia się na losach Adama (Piotr Polak), tajemniczego mężczyzny, który przybywa do Warszawy roku 2030, nie pamiętając kim jest. Otrzymuje nową tożsamość i pracę sprzątacza w korporacji, gdzie poznaje Bernarda (Sebastian Stankiewicz) i Gorię (Olga Bołądź). Relacja z tą drugą stanie się istotnym punktem na mapie jego życia uczuciowego.
photo.title

W materiałach marketingowych można było odnaleźć hasło "Miłość poza czasem i przestrzenią", a krótki opis dystrybutora wyjaśniał, że mamy do czynienia z filmem o podróżach w czasie. Co prawda nie są to hasła trafnie oddające stan faktyczny, trudno jednak mieć pretensje do marketingowców, którzy często wyraźniej od filmowców widzą o czym jest ich twór. Nazwanie tego co jest między bohaterami "miłością" to lekka przesada, ich relacja opiera się bowiem głównie na seksie. Co prawda pod koniec filmu trudno uwierzyć, by seks był ich jedyną motywacją, jednak w to, że jest między nimi jakieś uczucie musimy uwierzyć twórcom na słowo, bo trudno odnaleźć w fabule przemawiające za tym argumenty.
Podróże w czasie sygnalizowane są co prawda od początku, na dobre pojawią się jednak dopiero w drugiej połowie seansu. Nie jest to więc coś, co definiuje cały film, jednak, gdy jest już obecne, historia wyraźnie zyskuje na dynamice i, przede wszystkim, celowości. Do tego momentu bohaterowie bowiem błąkają się po mieście i można jedynie zgadywać co ich napędza. Sięgnięcie po podróże w czasie nadaje filmowi strukturę, której elementy muszą się pojawić, co skutkuje tym, że nieuporządkowane motywy i postaci wreszcie odnajdują swoje miejsce, chociaż dzieje się to stanowczo zbyt późno.
photo.title

Wśród pozytywnych opinii, jakie można na temat "Człowieka..." odnaleźć często pojawia się argument o trafiającym w gusta "klimacie" czy "wrażliwości reżysera". Choć jest to kwestia czysto subiektywna, to choćbym bardzo się starał, trudno odnaleźć mi jakąkolwiek wrażliwość w filmie, który jest zlepkiem cytatów z hollywoodzkiej kinematografii. Bodo Kox napycha swój film odniesieniami, głównie wizualnymi, do kultowych filmów science fiction. Można tu odnaleźć "Blade Runnera", "Raport Mniejszości", "Ludzkie dzieci" czy "Ghost in the shell". Właściwie każdy film, który w jakiś sposób wpłynął na gatunek został tu zacytowany. Intencja kolejnych nawiązań przestaje być zrozumiała w momencie, w którym reżyser odwzorowuje kultową scenę z "Podziemnego Kręgu", pozbawiając ją całkowicie znaczenia jakie miała ona w oryginale. Tam stanowiła kropkę, domykającą wątki i sugerującą dalsze losy bohaterów, tu stanowi jedynie przecinek przed sceną seksu, która niewiele wnosi.
photo.title

Na dyskusji po seansie spotkałem się z opinią, że jest to film o tym, że rzeczy, takie jak reżimy czy miłość są niezmienne. Faktycznie, z filmu Koxa da się wyciągnąć taką "prawdę", wydaje się ona jednak być jedynie dodatkiem, czymś co powinno się w filmie znaleźć, by nie został on uznany za zlepek niepowiązanych cytatów. Fakt, że droga do tej prawdy usiana jest postaciami, o których niczego się nie dowiadujemy, a ich motywacje to pasmo luk scenariuszowych, dużo mówi o tym, czemu tak naprawdę poświęcona była uwaga reżysera.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Fiyo
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby