Recenzja filmu Jeszcze nie wieczór (2008)
Jacek Bławut

Jeszcze nie pora, by umierać

Bławut styka przestrzeń fabularną i dokumentalną, jednak swoich zawodowych doświadczeń dokumentalisty nie przekłada na estetykę, bawi się nimi na poziomie metafilmowym..
Filmweb sp. z o.o.
Wyżaliłem się kiedyś na łamach "Tygodnika Powszechnego", że nie ma w polskim kinie narracji, która pokazałaby starość w sposób niezafałszowany. Czekałem, aż ktoś poważy się na dramat ulokowany w scenografii bez sentymentalnego potencjału, zrezygnuje z bibelotów z międzywojennej Polski. Pokaże horror rozpadu tkanek, utraty szarych komórek, mnożenia się dziur w pamięci. W swoim fabularnym debiucie "Jeszcze nie wieczór" Jacek Bławut zrobił krok w dobrą stronę, dał mi zresztą więcej, niż chciałem. Zamiast, jak Dorota Kędzierzawska, omijać problem i pokazywać starość wyłącznie wyidealizowaną, oprawioną w kiczowatą ramkę, wszedł w dialog z młodością. Scena: Nina Andrycz podchodzi do mikrofonu i między wierszami potwierdza, jak wiele jest prawdy w poetyckim frazeologizmie "jesień życia". Mówi mocno i stanowczo: nie umieramy, choć tracimy słuch, wzrok, pamięć. Młodzi nie muszą dawać wiary tym zapewnieniom, szczególnie jeśli domyślają się najgorszego. Sam w nie wątpię. Lecz widzę na ekranie echo swoich wątpliwości. Ktoś jeszcze się zastanawia, czy starość to gnicie i powolna śmierć. Ponadto, nie dochodzi do żadnego wniosku. Gdyby doszedł, dopiero byłby podejrzany.

Nina Andrycz jako Nina Andrycz odwiedza ośrodek, w którym ostatnie chwile spędzają aktorzy, gwiazdy sceny teatralnej i filmowej. Prym wiedzie Jan Nowicki, uroczo zawiany, dekadencki i wulgarny. A jednak przepełniony dziką witalnością, odgrywający rolę McMurphy’ego z "Lotu nad kukułczym gniazdem", prowodyra myślowej (i ruchowej) rewolucji. Jest też skryta jak potwór w szafie (choć na własne życzenie) Beata Tyszkiewicz, która arystokratycznym i karykaturalnym gestem zaprasza do wyrafinowanej aktorskiej gry zakochanego w niej adoratora. Wszyscy są trochę sobą, a trochę ekranową projekcją swoich emploi. Ich życiowe oraz zawodowe wybory odbijają się w lustrze sztuki. Czekają na nich ostatnie role główne i drugoplanowe w "Fauście" Goethego. Wystawianym rzutem na taśmę, tuż przed ostatnimi akordem życia.

Bławut styka przestrzeń fabularną i dokumentalną, jednak swoich zawodowych doświadczeń dokumentalisty nie przekłada na estetykę, bawi się nimi na poziomie metafilmowym. Oprócz jasnego wydźwięku sentymentalnego, jego film posiada rasowy autotematyzm, to kino o kinie, uwiarygodnione doświadczeniami wielkich i małych aktorów, często uwięzionych przez pewien typ postaci. Proces takiego szufladkowania trwa nadal, co widać, gdy na planie rządzi młodsze pokolenie. Kolejne lata pokażą, czy Sonia Bohosiewicz, znów świetna, ale powtarzająca rolę jurnego dziecięcia nasiąkniętego miejskim folklorem z "Rezerwatu", nie skończy z etykietką na czole. Podobnie Antoni Pawlicki grający powierzchownością "chłopca z tamtych lat", Maćka Chełmickiego, bez pepeszy za to na motorze z kuferkiem. Zespolenie pokoleń odbywa się dzięki sztuce, która przecież nie zawsze jest łatwa, nie wystawia też recept na spokojną starość. Bywa trudna i brudna. Odgrywany w więzieniu "Faust" to spektakl prawie apokaliptyczny. Otoczeni przez kraty i więźniów aktorzy przeciwstawiają swój monolog słownym wymiocinom i obelżywym gestom. Skrucha ze strony więźniów, nawet jeśli trochę naiwna, jest reżyserską nagrodą, którą Bławut swoim bohaterom musiał podarować. Inaczej ich heroiczny wysiłek poszedłby na marne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (45 głosów).