Recenzja filmu Król Artur: Legenda miecza (2017)
Guy Ritchie

King'N'Rolla

"Legenda miecza" to niby standardowe widowisko fantasy z facetami w zbrojach, magią i baśniowym bestiariuszem. Ritchie zrealizował ją jednak tak, jakby to była jeszcze jedna szalona komedia ...
Filmweb sp. z o.o.
Popisowym daniem Guya Ritchiego zawsze były historie rozgrywające się w mrocznym podbrzuszu Londynu. Nasączone czarnym humorem opowieści o spryciarzach, ulicznikach i drobnych kryminalistach szukających pomysłów na szybkie wzbogacenie się. Autor "Porachunków" pozostał wierny swym artystycznym obsesjom także po przeprowadzce do Hollywood. Jego "Sherlock Holmes", zamiast pykać fajkę w ciepłym mieszkanku przy Baker Street, szwendał się po zakazanych zaułkach i brał udział w nielegalnych pojedynkach pięściarskich. Po tym jak dwie części przygód legendarnego detektywa zgarnęły ponad miliard dolarów, Ritchie i szefowie wytwórni Warner Bros. postanowili pójść za ciosem. Skoro z powodzeniem udało się odświeżyć jedną angielską ikonę popkultury, to dlaczego nie spróbować z kolejną? Jeśli pogrążony w myślach flegmatyk mógł przeobrazić się w herosa kina akcji, to niby czemu król Artur nie miałby znać karate i zarabiać na chleb jako alfons?

photo.title

Strategia reżysera zaowocowała ciekawą filmową hybrydą. "Legenda miecza" to niby standardowe widowisko fantasy z facetami w zbrojach, magią i baśniowym bestiariuszem. Ritchie zrealizował ją jednak tak, jakby to była jeszcze jedna szalona komedia gangsterska. Teledyskowy montaż, kamera wykonująca taniec świętego Wita, eksperymenty z chronologią i prędkością obrazu – wszystkie te patenty znacie przecież doskonale z poprzednich dzieł Brytyjczyka. Przeniesienie ich na grunt czcigodnych mitów arturiańskich przyniosło jednak odświeżający efekt – Ritchie opowiada nam starą baśń w nowy ekscytujący sposób. Wizytówką "Króla Artura" może być jedna z początkowych sekwencji filmu, w której w rajdowym tempie streszczono kilkanaście lat z życia tytułowego bohatera. Efektownie poszatkowanej układance obrazów towarzyszy energetyczny motyw muzyczny oparty na samplowanym ciężkim oddechu. Kompozytor Daniel Pemberton – tak jak reżyser w warstwie wizualnej – miksuje tu klasykę ze współczesnością: sięga po tradycyjne celtyckie brzmienia, wzbogacając je nowoczesnym aranżem i syntetycznymi dźwiękami. Na moje ucho to poważny pretendent do tytułu soundtracku roku.

photo.title

Ritchie swobodnie obchodzi się z legendą gospodarza Camelotu. Przestawia i dostawia fabularne klocki, ikoniczne postacie usuwa w cień (Merlin) albo zupełnie pomija (Morgana). Przepisana na nowo historia Artura okazuje się opowieścią o przepracowywaniu dziecięcej traumy i dojrzewaniu do bycia królem. Prawdziwy władca – zdaje się mówić reżyser – to ktoś, kto potrafi wziąć na klatę każdy ciężar i kroczyć naprzód bez oglądania za siebie. Najbardziej wymagającym przeciwnikiem Artura jest on sam, a nie zdradliwy wuj Vortigern grany przez cudownie oślizgłego Jude'a Lawa. Kluczowa walka musi więc odbyć się w głowie bohatera, a nie na polu bitwy. Dopiero po przezwyciężeniu własnych ograniczeń można zawalczyć o dziedzictwo, wywijając magicznym mieczem Excaliburem. Swoją drogą finałowa konfrontacja bardziej niż kino przypomina grę wideo. Obstawiam, że przed wejściem na plan autor "Przekrętu" spędził długie godziny, katując ostatnie "Dark Souls".

photo.title

Przeterminowane efekty specjalne to, niestety, niejedyny problem nowego "Króla Artura". Wątek miłosny wydaje się umieszczony w scenariuszu wyłącznie z obowiązku, drugi plan nie przepracowuje się, a intryga kilka razy wyraźnie wytraca tempo. Reżyserska brawura oraz poczucie humoru Ritchiego w połączeniu z charyzmą odtwórcy głównej roli Charliego Hunnama potrafią jednak sporo wynagrodzić. "Legenda miecza" nie podsiądzie raczej Pythonowskiego "Świętego Graala" na tronie najlepszego filmu inspirowanego legendami arturiańskimi. To jednak wciąż efektowny wakacyjny blockbuster z wyraźnym autorskim stemplem. Dla fanów reżysera pozycja obowiązkowa.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (245 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)