Recenzja filmu Dzikie róże (2017)
Anna Jadowska

Kobieta samotna

Kiedy bierze się na warsztat podobne klimaty, łatwo skończyć gdzieś pomiędzy "Arizoną" Borzęckiej a "Weselem" Smarzowskiego; jedną ręką podtapiać widza w gnojówce, a drugą kreślić satyryczną ...
Filmweb sp. z o.o.
Niczym rozstrojony instrument w orkiestrze, Ewa (Marta Nieradkiewicz) burzy harmonię każdego miejsca, w którym się pojawi – nawet, jeśli jest to harmonia polskiej prowincji. Najpierw widzimy ją w szpitalnej poczekalni, obok szlochającej pacjentki, w niemal katatonicznym stanie. Później w scenerii wielkiego miasta, gdy awaria tramwaju zmuszą ją do kontaktu z poirytowanymi pasażerami wszystkich stanów i zawodów. Wreszcie – na wsi, razem z rozbestwioną córką, malutkim synem i utyskującą matką, w domu zbudowanym za pieniądze pracującego w Norwegii męża (Michał Żurawski). Wszędzie sprawia wrażenie drzazgi pod czyimś paznokciem, źródła patologii w zdrowym układzie. Co w nowym filmie Anny Jadowskiej jest o tyle ironiczne, że to właśnie Ewa próbuje się z patologicznego układu wyrwać. 

"Zanim przyjechałeś, było fajnie, mama dużo się śmiała" – mówi do ojca mała Marysia. Ale fajnie nie było nigdy, bo zanim Andrzej wrócił do Polski, Ewa uwikłała się w romans z nastolatkiem, za który zapłaciła niechcianą ciążą. Teraz, po powrocie męża, próbuje poskładać swoje życie do kupy – miota się pomiędzy sprzecznymi pragnieniami, paraduje na celowniku lokalnej społeczności, próbuje wychować dzieci i nie zwariować (a jako że – w przeciwieństwie do weekendowego taty – spędza z nimi najwięcej czasu, staje się dla córki workiem treningowym). Czy będzie próbowała odbudować związek z mężem? Czy lepiej po prostu odejść? A jeśli tak, to dokąd? Z odpowiedzią na te pytania poczekamy aż do finału – rozegranego na chłodno, będącego naturalną konsekwencją ewolucji bohaterki i dowodem na spójność autorskiej koncepcji. Dookoła kwitną dzikie róże i kwitnie Polska: ksiądz udziela rozgrzeszenia na kredyt, chłopaki chleją, a jedynym grzechem śmiertelnym jest próba wyjścia poza nawias. Wsi spokojna, wsi wesoła. 

Kiedy bierze się na warsztat podobne klimaty, łatwo skończyć gdzieś pomiędzy "Arizoną" Borzęckiej a "Weselem" Smarzowskiego; jedną ręką podtapiać widza w gnojówce, a drugą kreślić satyryczną panoramę piekiełka. Jadowska nie przykłada jednak palca do czoła i nie lamentuje: oto jest Polska. Jej krytyka jest o tyle sensowna, że dotyczy zjawisk, które bezpośrednio degradują bohaterkę jako kobietę. Z Ewą sympatyzuje bardzo dyskretnie, dostrzega w niej ofiarę obyczajowego konserwatyzmu i patriarchalnego modelu rodziny, ale nie sugeruje, że problemy spadły na nią w wyniku niekorzystnej koniunkcji planet. Są w dużej mierze efektem jej moralnie wątpliwych wyborów, co wcale nie odbiera jej prawa do szczęścia. Ten wątek rezonuje w "Dzikich różach" najmocniej właśnie z powodu miejsca akcji. Mówiąc delikatnie, gmach katolickich wartości nie wznosi się dziś na filarach tolerancji i empatii, co Jadowska potrafi ze zmiennym szczęściem wyszydzić. Wolę jednak, gdy skupia się na scenach spotkań przy wódce i ogóreczku w rodzaju chrztu, zwłaszcza że potrafi bezbłędnie odtworzyć ich rytm i lekko absurdalną aurę, niż na widoku zniecierpliwionego księdza szarpiącego małą chórzystkę. Trochę to jednak za łatwe, z innego kina. 

Reżyserka potrafi opowiadać o stanach uczuciowego wypalenia, najróżniejszych okresach bezdecyzyjnych oraz środowiskach, które budują wokół bohaterów niewidzialne mury. Ten motyw powraca w jej twórczości jak bumerang – od świetnego debiutu "Dotknij mnie", przez kipiące rebeliancką energią "Teraz ja", po imponujący koncepcyjnie dokument "Trzy kobiety". Nad rolą Marty Nieradkiewicz nie będę się rozpływał. Napiszę tylko tyle, że za sprawą jej umiejętności interpretacyjnych możecie przegapić momenty, gdy dobry scenariusz zamienia się nagle w kiepski scenariusz. Poprzedni owoc ich współpracy, "Z miłości", film o branży porno kwitnącej w okolicy Dworca Centralnego, chciałem wyprzeć na wieki. Ale chyba się nie da. "Dzikie róże" traktuję bowiem jako dowód na to, że reżysersko-aktorska chemia jest zjawiskiem, nad którym można pracować i które procentuje przez lata. A także jako uspokajającą ilustrację przysłowia, że nic dwa razy się nie zdarza. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry