Recenzja filmu Śmiertelna gorączka (2002)
Eli Roth

Koniec gatunku gore???

Podobno tym filmem zainteresował się sam Quentin Tarantino. Podobno wygłaszał na jego temat wiele pozytywnych komentarzy. Reżyser, podobno, ma dar do stwarzania napięcia. Podobno muzykę ...
Filmweb sp. z o.o.
Podobno tym filmem zainteresował się sam Quentin Tarantino. Podobno wygłaszał na jego temat wiele pozytywnych komentarzy. Reżyser, podobno, ma dar do stwarzania napięcia. Podobno muzykę skomponował słynny współpracownik Davida Lyncha, Angelo Badalamenti. Podobno to dobry film.

Na temat powyższych informacji mam jednak własną (w pewnej części potwierdzoną) hipotezę. Quentin był pewnie zdrowo narąbany i pomylił tytuły filmów, reżyser z wykształcenia jest elektrykiem, a co do pana Badalamentiego, to w "Śmiertelnej Gorączce" wykorzystano trzy jego kompozycje. W myśl reklamy jednego z rodzimych browarów chciałoby się powiedzieć: "Prawie jak film".

 Co ciekawe, sam pomysł mógł, a nawet powinien zaowocować. Pięć osób, które zamieszkało w jednej chatce zewsząd otoczonej lasem, nawiedza chory mężczyzna, błagający o pomoc. Wydaje się, że naturalnym ludzkim odruchem powinna być pomoc, jednak strach przed zarażeniem jest większy, nasi bohaterowie brutalnie przepędzają pustelnika. Jednak od nieznanego wirusa nie ma ucieczki. Zakażenie najbliższych osób i walka o własne życie w miejscu, z którego praktycznie niemożliwe jest dotarcie do jakiejkolwiek medycznej pomocy było obietnicą mocnego kina psychologicznego. Niestety Eli Roth nie spełnił pokładanych w fabule nadziei. Poszedł w stronę "scary movie", czyli szybkich horrorów, dla fanów popcornu, gdzie dominuje tak zwany płytki strach (czyli coś gdzieś zagrzmi, zabłyszczy, wyskoczy) i niedorozwój umysłowy bohaterów. Zgodnie z tą zasadą mamy, więc grupkę "inteligentnej" młodzieży, która przybywa do leśnej chatki głównie w celu kopulacji oraz wypicia jak największej ilości piwa. Resztę czasu wypełniają im bardzo "ambitne" rozmowy i strzelanie do wiewiórek. Ogólnie jednak są nieszkodliwi. Szkodliwe jest za to oglądanie tego, co robią na ekranie. Przebrnięcie przez pierwsze trzydzieści minut, gdzie serwowane są nam sercowe dylematy, rodem z "Beverly Hills 90210", to prawdziwy horror ocierający się wręcz o sadomasochizm.

Rozumiem, mogę przejść tą drogą przez mękę, ponieważ siłą ma tu być ukazanie zachowania człowieka w sytuacji ekstremalnej, gdzie głównym celem jest przetrwanie za wszelką cenę, nawet kosztem życia przyjaciół czy najbliższej osoby. Niestety, wszystko to ładnie wygląda na papierze, gdyż w rzeczywistości bohaterowie to po prostu debile. Trudno użyć innego słowa patrząc na ich zachowania. Zamiast zorganizować się po wykryciu pierwszych objawów i udać się po pomoc, biegają po lesie, gotują obiadki, jest nawet scena z goleniem nóg (radzę wtedy nie jeść). Galeria ich zachowań w sytuacji zagrożenia jest bardzo różnorodna. Izolacja od zainfekowanych w stylu: "Spierdalajcie ode mnie", opanowanie podczas konającej już przyjaciółki: "Nie panikuj, wszystko będzie dobrze" czy najbardziej fascynujący jak dla mnie filozoficzny wywód pewnej brunetki: "Czuję się jakbym była na pokładzie samolotu, który za chwilę ma się rozbić. W chwili śmierci ma się ochotę pieprzyć z pierwszą lepszą osobą, bo wiesz, że wszystko nie ma sensu". Doprawdy, cóż za pomysłowość różnorodność scenarzystów. Próba wprowadzenia humoru oraz pastiszowego tonu jest o tyle nieudana, co nawet nie na miejscu, zważając na historię, skądinąd prawdziwą (w Ameryce Południowej istnieje taka choroba). Całości dopełniają wyjątkowo realistyczne i obrzydliwe sceny rozkładu ciał oraz śmieszne jak cały film zakończenie prymitywnie nawiązujące do "Nocy żywych trupów" George'a Romero.

Ciężkie czasy przeżywa gatunek horrorem zwany skoro pojawiają się takie gnioty rzutujące swym pustym odblaskiem na prawdziwe filmy grozy, pojawiające się jeszcze w naszych kinach. Jedyna nadzieja pozostaje już chyba tylko w Japończykach, którzy nie zapomnieli jeszcze jak fascynującym zjawiskiem jest strach i zachowania mu podległe. Jeśli jednak w dalszym ciągu będą znajdowały się pieniądze dla takich twórców jak Eli Roth czy Uwe Boll możemy poważnie zacząć się bać o przyszłość horroru, który znów może zostać zapomniany po kilkanaście lat. Szkoda było było…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 40% uznało tę recenzję za pomocną (47 głosów).
SQNboy
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)