Recenzja filmu Gra cieni (2016)
Jee-woon Kim

Koreawood

"Gra cieni" pozostaje filmem zimnym, wystudiowanym. Wcielający się w rozdartego oficera Kang-ho Song skrywa pokłady głębokiego hamletyzowania pod kamienną twarzą szpiega, który gra do kilku ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Gra cieni (2016)
Z Korei Południowej do Hollywood nie jest tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Park Chan-wook nakręcił w USA "Stokera", Joon-ho Bong współpracował przy "Snowpiercerze" i "Okjy" z amerykańskimi gwiazdami i producentami, a Jee-woon Kim ma na koncie "Likwidatora" z samym Arnoldem Schwarzeneggerem w obsadzie. Trudno powiedzieć, jak duży wpływ na taki stan rzeczy miała amerykańska militarna obecność na Półwyspie Koreańskim i czy hollywoodzkie wzorce nie zostały aby odciśnięte na świadomości Koreańczyków ciężkim okupanckim buciorem. Fakt jednak pozostaje: tamtejsza kinematografia jest najbardziej "amerykańską" w całej Azji. W walorach realizacyjnych, w otwarciu na grę z gatunkami przypomina ona kino z Hollywood dużo bardziej niż produkcje z Chin czy Japonii. Nic zatem dziwnego, że "Grę cieni" Jee-woona Kima otwiera logo wytwórni Warner Bros., zapowiadając już "studyjny", klasycyzujący fason filmu. W tym wypadku epitet "hollywoodzki" nie będzie jednak obelgą. 


Tym bardziej że zachodnie tropy są tu brutalnie przetrącone przez wschodnią wrażliwość. A może raczej: niewrażliwość? Film rozpoczyna dynamiczna sekwencja, której fabularny punkt wyjścia i inscenizacyjna brawura przypominają – do czasu –amerykańskie blockbustery ostatniej dekady. Biznesowe spotkanie pary szpiegów z zamożnym klientem w ciepłej żółtobrązowej scenerii orientalnych ornamentów? Moje skojarzenie: "Incepcja". Rebelianci przyłapani na robieniu interesów, otoczeni przez okupanckich żołnierzy i ścigani przez umundurowanego aparatczyka? Przecież to "Przebudzenie Mocy". Ale spokojnie, te hollywoodzkie asocjacje zaraz zderzają się ze ścianą iście koreańskiego kolorytu. Postrzelony w stopę uciekinier zdejmuje buta, chwyta za krwawiący paluch, po czym – jak gdyby nigdy nic – urywa go (!) i wyrzuca (!). Amerykański warsztat, koreańska bezkompromisowość.   

To zresztą nie koniec multikulturowej karuzeli, jaką serwuje Kim. Rozgrywający się w latach 20. XX wieku film opowiada o walce koreańskiego ruchu oporu z japońskim okupantem. Akcja oscyluje między Seulem a Szanghajem, a w całą aferę zaplątani są jeszcze węgierscy anarchiści. I tu chyba największy minus "Gry cieni": film nie ułatwia nam połapania się w tym gąszczu spisków, podwójnych agentów i politycznych machinacji. Kim mnoży drugo- i trzecioplanowe postacie, przeplata ze sobą szereg wątków, kombinuje z narracją. Co broni się jako obraz splątanej szpiegowskiej pajęczyny, podwyższa jednak "próg wejścia" dla szeregowego widza.


Podobnie gęsty narracyjnie "Szpieg" Tomasa Alfredsona nagradzał odbiorczy wysiłek i ostatecznie odsłaniał swoje silnie rozemocjonowane sedno. "Gra cieni" nie daje takiej satysfakcji. Osią intrygi jest niby psychomachia: walka o duszę Jeong-choola Lee, byłego członka ruchu oporu, obecnie oficera japońskiej policji. Mimo to "Gra cieni" pozostaje filmem zimnym, wystudiowanym. Wcielający się w rozdartego oficera Kang-ho Song skrywa pokłady głębokiego hamletyzowania pod kamienną twarzą szpiega, który gra do kilku bramek na raz. Reżyser trzyma podobną gardę. "Gra cieni", jeśli więc chwyta, to nie za serce, tylko za trzewia. Kim raz za razem zmusza nas bowiem do kapitulacji: a to wobec aktów nagiej przemocy, a to wobec dowodów swojej ewidentnej reżyserskiej potęgi.

Film ma jakby dwa tryby: albo gęsta, ciasno zbita mozaika szpiegowskiej intrygi, albo rozbudowane sceny-symfonie z epickim narracyjnym oddechem. Pierwszy tryb jest jak fundament, na którym Kim może dopiero budować swoje wirtuozerskie, czysto "kinowe" sekwencje. Jest więc trzymająca za twarz scena poszukiwania rebeliantów wśród pasażerów pędzącego pociągu. To popis w krzyżowaniu sprzecznych priorytetów i podkręcaniu śruby suspensu, istny master class budowania napięcia, które znajduje ujście dopiero w nagłej eksplozji przemocy. Jest też scorsesowski montażowy "teledysk", w którym kojące dźwięki "When You’re Smiling" Louisa Armstronga ironicznie towarzyszą obrazom czystek i tortur. No i jest wreszcie koncertowa etiuda rozegrana w rytm "Bolera" – rodem z Hitchcocka – w której z dziką niecierpliwością oczekujemy na wybuch dynamitowego MacGuffina.


Jeśli powyższy opis sugeruje jałowy pochód cytatów, jakąś filmoznawczą reżyserską zabawę – to niesłusznie. "Gra cieni" to film bardzo organiczny, dowód, że klasycznie hollywoodzką inscenizację można przekuwać na świeży ekranowy efekt. A przy okazji: wzór, jak opowiadać o wybojach lokalnej historii za pośrednictwem uniwersalnego filmowego języka. Polityczna wrażliwość i kino gatunków maszerują tu ramię w ramię, pora odrobić lekcję. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry