Recenzja filmu Kobiety mojego życia (2017)
Arnaud Desplechin

Koszmarek

To chyba nie przypadek, że główny bohater "Kobiet mojego życia" cierpi z powodu nocnych koszmarów. Podczas oglądania nowego filmu Arnauda Desplechina również możemy poczuć się jakbyśmy ...
Filmweb sp. z o.o.
To chyba nie przypadek, że główny bohater "Kobiet mojego życia" (w oryginale: "Duchy Ismaela") cierpi z powodu nocnych koszmarów. Podczas oglądania nowego filmu Arnauda Desplechina również możemy poczuć się jakbyśmy doświadczali bardzo złego snu. Jedyna droga do uporania się z traumą, potęgowaną przez bzdurne zabiegi inscenizacyjne i kuriozalne zwroty akcji, wiedzie przez jej bezpardonowe wykpienie. Jeśli zatem czas poświęcony na oglądanie "Kobiet…" może nie okazać się stracony, to tylko pod warunkiem, że potraktujemy to jedyne w swoim rodzaju dzieło jak solidny kawałek nieświadomego kampu.


Fabularnych absurdów jest u Desplechina tyle, że może to przyprawić o zawrót głowy. Wystarczy wspomnieć, że chodzi o ten typ filmu, w którym postacie na serio dyskutują o Freudzie, a jedna z bohaterek wykonuje zawód astrofizyczki. Jakby tego było mało, akcja pędzi na łeb na szyję, bez składu i ładu miotając się pomiędzy francuską prowincją, szemranymi zakątkami czeskiej Pragi i więzieniem w Tadżykistanie.

Przenikające ekran poczucie chaosu wynika najpewniej z faktu, że Desplechin próbuje nakręcić trzy filmy za jednym zamachem. Na podstawowym poziomie "Kobiety…" to "film o filmie w ramach filmu", czyli opowieść o twórczych udrękach reżysera Ismaela nieradzącego sobie z presją ciążącą na realizacji autobiograficznego dzieła. Na drugim, stanowiąca treść realizowanej przez reżysera fabuły - historia szpiegowska, w której ciekawy wydaje się jedynie fakt, że pewną rolę odgrywają w niej wydarzenia z Polski lat siedemdziesiątych (wyobraźcie sobie tylko Mathieu Amalrica zaciągającego się papierosem i wypowiadającego nazwisko "Ghierek"!). Na trzecim wreszcie, opowieść o trójkącie miłosnym pomiędzy Ismaelem, jego obecną partnerką i byłą żoną, którego meandry wzbudzają skojarzenia z "Trędowatą" Mniszkówny zaadaptowaną przez Tommy’ego Wiseau.    


Jeśli istnieje jakikolwiek łącznik potrafiący scalić tę bezładną plątaninę wątków, wydaje się nim poczucie wszechogarniającego patosu. Choć Ismael sprawia wrażenie człowieka słabego i narcyza proszącego się o potraktowanie z odrobiną orzeźwiającej drwiny, Desplechin ani myśli iść tą drogą. Reżyser udowadnia tym samym, że nie odrobił lekcji z pokrewnego tematycznie "W pionie" Alaina Guiraudie, w którym właśnie humor ratował twórców przed popadnięciem w ekshibicjonistyczną pretensję. Pozbawione krytycyzmu podejście do bohatera wydaje się jeszcze bardziej kłopotliwe w kontekście wątku miłosnego zakrawającego w obecnym kształcie na niesmaczną, seksistowską fantazję. Nie może być inaczej, jeśli aktywność obu ukochanych Ismaela pozostaje zredukowana do spełniania erotycznych zachcianek mężczyzny pragnącego posiadać jednocześnie intelektualistkę i zmysłową piękność.

Od spektakularnej klęski "Kobiety…" ratuje wyłącznie wspomniany Amalric. Francuski gwiazdor do perfekcji doprowadza na ekranie emploi aktora, o którym lubimy wiedzieć, że ma nas gdzieś. Nawet jeśli zatem postać Ismaela jest fatalnie napisana, widoczna na twarzy Amalrica blaza i nonszalancja pozostaje na swój przedziwny sposób ujmująca. To samo można powiedzieć o enigmatycznym uśmiechu aktora, który może znaczyć wszystko, również "Nie patrzcie tak na mnie, ja też nie rozumiem, o co w tym chodzi". W ten sposób Amalric spłaca dług wobec Desplechina, dawnego mentora i odkrywcy talentu aktora, i jako jedyny wprowadza do fabuły odrobinę niezbędnego dystansu. Wypada mieć nadzieję, że mistrz, wsławiony niegdyś realizacją znakomitych "Świątecznych opowieści", wyciągnie wnioski i dostroi się jeszcze kiedyś do poziomu ucznia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły