Recenzja filmu Ruiny (2008)
Carter Smith

Książka górą

Zabierając się za oglądanie "The Ruins", wciąż przed oczami miałem niesamowitą, jak dla mnie, książkę Scotta Smitha o tym samym tytule. Jak zwykle zastanawiałem się, czy ekranizacja jest w stanie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ruiny (2008)
Zabierając się za oglądanie "The Ruins", wciąż przed oczami miałem niesamowitą, jak dla mnie, książkę Scotta Smitha o tym samym tytule. Jak zwykle zastanawiałem się, czy ekranizacja jest w stanie przebić powieść, czy w porównaniu z nią okaże się jak większość innych ekranizacji wielka klapą. Ktoś, kto przeczytał książkę, wręcz nie może ocenić filmu bez odwoływania się do niej. Nie zamierzam z tym walczyć i ocenię "Ruiny" z punktu widzenia osoby, która przeczytała pierwowzór i chce wiedzieć, czy warto obejrzeć w. w. produkcję.

     
Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się po seansie brzmiało: po co do licha pozamieniano głównych bohaterów? Nie mówię tu tylko o wyglądzie zewnętrznym (Amy w książce jest blondynką, a Stacy brunetką -  w filmie na odwrót), ale o zamianie w pewnym sensie ról i zachowań postaci. W filmie to Stacy, a nie Jeff jest zainfekowany przez winorośl. To Amy, a nie Stacy się "puszcza". To Mathias, a nie Pablo (który notabene w filmie ginie jeszcze przed wejściem na wzgórze) jest sparaliżowany. I tak dalej... Zabieg ten według mnie jest całkiem zbędny. Z góry i tak wiadomo, kto, jak zginie. Zamiana postaci wprowadza tylko niepotrzebny chaos.

Klaustrofobiczne poczucie zagrożenia, osaczenia, tak odczuwalne w książce, w filmie gdzieś znika. Zrozumiałe jest, że film w pełni tego nie odda, ale sceny, które w powieści wywarły na mnie największy wpływ (pamiętne: Wo ist Hainrich? Hainrich ist da. Hainrich ist gestorben) są całkowicie pominięte. Można było przecież trochę bardziej trzymać się książki, wyciąć parę niepotrzebnych scen (np. branzlowania Erica - w książce miało to swoje znakomite uzasadnienie, w filmie było jakoś nie na miejscu) i inne, zdecydowanie bardziej podkręcające atmosferę.
O zakończeniu filmu nie ma co wspominać. Jest to zdecydowanie najsłabsza część i zawiodłem się na niej paskudnie. Otwarta droga do sequela? Oby nie. Jeszcze scena otwierająca. W jakim celu była nakręcona? Nie mam pojęcia.
Aktorzy odgrywający rolę postaci książkowych zagrali na przeciętnym poziomie, aczkolwiek z małymi wyjątkami.

Jeff, który powinien być liderem, twardy i zdrowo myślący, jedyny, który stara się zachować wszystkich przy życiu, w filmie wydaje się jakby nieobecny. Niby jest przywódcą, ma te same pomysły co w książce, ale wszystkie swoje kwestie wygłasza w taki sposób, jakby myślami był gdzieś daleko. W dodatku z tą samą miną. Jego gra kompletnie mnie nie przekonuje. Eric czy Amy są postaciami kompletnie bezbarwnymi. Pierwszy coś tam powie, zrobi, ale gdyby go nie było, film by nie ucierpiał. A Amy, poza płaczem i krzykami, nie robi właściwie nic. Mathias, mój ulubiony bohater w książce, tu spełnia rolę kaleki i wywiązuje się z niej całkiem dobrze. Leży i krzyczy... bo co mógłby jeszcze robić? Przypomnę, że w książce jest najbardziej tajemniczą osobą, u której zmysł przetrwania jest jeszcze bardziej rozwinięty niż u Jeffa. Szkoda, że jego rola została sprowadzona do "leżenia". Na koniec Stacy. Mimo że przypadła jej rola nosicielki winorośli, jestem pozytywnie zaskoczony. Scena, w której stoi w kałuży krwi, mówiąc: W porządku. Tylko... wyciągnę to jedno, jest po prostu świetna. Tu film nic nie stracił w wyniku zamiany Jeffa na Stacy.

Do scenerii nie można mieć żadnych zastrzeżeń (zamiana wzgórza na ruiny świątyni nic w tym względzie nie zmienia). Wielki plus.
Sceny akcji były co najmniej poprawne. Te rozgrywające się w szybie (podczas drugiego zejścia) były chyba trochę za bardzo nakierowane na straszenie.
Sceny gore - duży plus. Amputacja nogi - ekstremalna, ale bardzo dobra. Wyciąganie winorośli z ciała (wszystkie trzy) - idealne. I jeszcze jedna scena, której nie było w książce, a filmie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. A gdy Stacy pociąga łyk Tequilli, a pod jej czołem przechodzi winorośl - ekstra!

Podsumowując. Gdybym nie czytał książki, dałbym "Ruinom" 7 punktów. Po przeczytaniu oceniam je na 5,5 (dodatkowe 0,5 za scenę z czołem). Mimo że film mnie prawie niczym nie zaskoczył, 90 minut minęło bardzo szybko i w miarę przyjemnie. Ale do książki mimo wszystko brakuje mu bardzo, bardzo dużo...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
legokid
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)