Recenzja filmu 2001: Odyseja kosmiczna (1968)
Stanley Kubrick

Kubrick 9000

Recenzent takiego filmu jak ten musi już na samym początku swojej pracy jasno określić jej granice. Jest wiele filmów tak słabych, że brakuje słów, które mogłyby to opisać. Ten jest tak dobry, że ...
Filmweb sp. z o.o.
Recenzent takiego filmu jak ten musi już na samym początku swojej pracy jasno określić jej granice. Jest wiele filmów tak słabych, że brakuje słów, które mogłyby to opisać. Ten jest tak dobry, że zabrakłoby miejsca, by to zrobić. "Odyseja kosmiczna" doczekała się już interpretacji i analiz ze wszystkich możliwych i co najmniej kilku niemożliwych perspektyw. O ile te prace starały się zanurkować w głębię Kubrickowskiego geniuszu, skromna i prosta recenzja skromnego i prostego recenzenta jest jedynie surfowaniem po powierzchni tego pięknego umysłu.

Abstrakcyjny wstęp za nami, wróćmy więc na Ziemię sprzed trzech milionów lat, gdzie niewielkie plemię hominidów zostaje nagle skonfrontowane… no właśnie, z czym? Z boskim objawieniem? Przekazem pozaziemskiej cywilizacji? Reżyser nie odpowiada na to pytanie wprost. W zasadzie nie jest to aż takie ważne, bo fabuła filmu, najbardziej oczywista warstwa jego narracji, stanowi tylko pretekst do nieskończonych, coraz głębszych i dziwniejszych prób jego zrozumienia. Wszystko, co widzimy na ekranie, stanowi symbol. Niektóre z nich łapiemy w sieć świadomości i rozumiemy już po pierwszym seansie. Inne prześlizgują się obok racjonalnego umysłu, trafiają prosto do podświadomości i poruszają w niej struny homerowskie, nietzscheańskie… 

Homer? "2001" jest równie ciekawą wariacją na temat przygód Odyseusza co "Ulisses" Joyce'a, bardzo dobrze udowadniając, że pewne rzeczy naprawdę są ponadczasowe.

Nietzsche? Nieprzypadkowo film Kubricka otwiera pierwsza część symfonicznego poematu Straussa opartego na najważniejszym traktacie filozoficznym niemieckiego myśliciela. Człowiek musi zostać przezwyciężony, by dać początek nowej istocie, a przezwyciężenie to odbędzie się poprzez podróż do wnętrza umysłu… zresztą nie muszę opisywać o czym traktuje "Tako rzecze Zaratustra", przecież czytałeś tę książkę, prawda? No cóż, powinieneś. 

To takie dwa najbardziej oczywiste motywy. Co poza tym? Wystarczy chyba, jeżeli powiem, że znaleźli się tacy, którzy widzieli w dziele Kubricka potwierdzenie przypuszczeń o tym, jakoby pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu miało być fałszerstwem. Kubrick, według tych teorii, miał być z polecenia rządu amerykańskiego twórcą filmu przedstawiającego mały krok człowieka i wielki skok ludzkości. Dziwne? Absurdalne? "Odyseja kosmiczna" zakrzywia rzeczywistość do tego stopnia, że przysięgam na Boga, uwierzysz w co Kubrick zechce.


Wracając do fabuły, to wcale nie jest film o małpach. A jeżeli już, to o tych mniej włochatych, uchwyconych właśnie w momencie, gdy przestają być małpami w ogóle, gdy zmagają się ze złośliwością rzeczy martwych. Złośliwą rzeczą martwą jest w tym przypadku komputer HAL. Nigdy go nie zapomnicie i zawsze już będziecie podejrzliwie patrzeć na złowrogo świecące oczy waszych laptopów… Zdecydowanie najlepsza rola tego filmu. Keir Dullea jako Bowman? Jasne, jest świetny. Ale to HAL dostałby Oscara za pierwszoplanową rolę męską. Oczywiście gdyby Amerykańska Akademia Filmowa znała się na filmach.

Jest wiele motywów łączących "Odyseję kosmiczną" z innymi dziełami Kubricka, jak zawarcie w filmie krytyki społecznej, zwłaszcza krytyki wyobcowanych, hierarchicznych organizacji - tak było też w "Dr. Strangelove" czy "Mechanicznej pomarańczy". Skoro już przy tym filmie jesteśmy, to może pamiętasz, że w sklepie płytowym odwiedzanym przez Alexa DeLarge'a rzucała się w oczy okładka ścieżki dźwiękowej do "2001"? Kubrick bardzo lubił przypominać szanownemu widzowi, że szanowny widz właśnie ogląda film. W "Lolicie" na przykład mamy pewne oczywiste nawiązanie do "Spartakusa", w "Full Metal Jacket" pojawia się postać do złudzenia przypominająca samego reżysera, etc. W "Odysei kosmicznej" ta maniera osiągnęła apogeum, ale nie jest to bynajmniej sztuka dla sztuki. Właśnie nieustanne pamiętanie o tym, że oglądamy film, syntetyczną kompozycję ruchomych, dwuwymiarowych obrazów, stanowi najważniejszy chyba klucz interpretacyjny tego dzieła. Kubrick nie chce odtwarzać rzeczywistości. Chce ją tworzyć - do tego samego nas zachęca.

Film ten miał na mnie równie wielki wpływ co centralny dla jego fabuły monolit na hominidów sprzed trzech milionów lat. Jeżeli jeszcze go nie obejrzałeś, to niech ta grafomańska recenzja cię nie odstraszy - zdecydowanie powinieneś to zrobić.

Saneczki? Nie. Symbolem najlepszego filmu wszech czasów jest czarny, lśniący prostopadłościan.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (151 głosów).
bogactwo
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie