Recenzja filmu Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (2017)
Joachim Rønning
Espen Sandberg

Kurs na znane wody

Ukłony w stronę starych fanów są głębokie jak nigdy dotąd, ale połączenie ich z nowymi wątkami bywa w "Zemście Salazara" tak zgrabne, że wciąż chce się zostać na ich okręcie, chłonąc chciwie ...
Filmweb sp. z o.o.
Trudno przyjąć do wiadomości, że seria o przygodach Jacka Sparrowa i piratach, których regularnie dotykają wszystkie klątwy świata, ma już prawie 15 lat. Trudno tym bardziej, że mierząca się z podobnymi problemami co "Gwiezdne wojny" franczyza dużo lepiej zdała egzamin z młodzieńczej witalności. Można rzec, że gwiezdna saga miała trudniej, gdy starała się wrócić do żywych po trzech dekadach, równocześnie próbując przemilczeć okres drugiej niechlubnej trylogii, z drugiej strony jednak – łatwiej; nikt nie oczekiwał przecież całkowitego powrotu do przeszłości. Mając tyle wolności, twórcy "Gwiezdnych wojen" poszli jednak niespodziewanie na łatwiznę i zrobili niemal fabularno-stylistycznego klona filmu z 1977 roku. Oglądając "Przebudzenie Mocy", podziwiałam sprawne rzemiosło, ale jednocześnie czułam, że to już nie moja przygoda. Inaczej jest z "Zemstą Salazara", w której wszystkie części ciała pozostały na swoich miejscach, a dusza nie ulotniła się wraz z zastrzykiem większego budżetu.

photo.title

Po fabularnym i personalnym skoku w bok, jakim było "Na nieznanych wodach", "Piraci z Karaibów" obierają kurs do domu. Znowu spotkamy starych znajomych –jedni są już opływającymi w luksusy królami życia, inni – zapijaczonymi wrakami. Ta karmiczna nierówność aż prosi się o rewoltę, a przynajmniej o nową przygodę. Do wzięcia udziału w morskim wyścigu po Trójząb Posejdona każdego z piratów zaprzęga oczywiście inna motywacja. Młodego Henry'ego, który godnie zastępuje Willa Turnera w roli głównego bohatera, a la młody Errol Flynn, w niebezpieczną podróż pchają altruistyczne, szlachetne pobudki. Carinę Smyth – raczej iluzja, której uległa w dzieciństwie; iluzja, jednak pożyteczna, czyniąca z niej mądrą kobietę i naukowca-samouka. Carina jest zupełnie inna niż Elizabeth Swann – niespecjalnie przekorna i zadziorna, raczej opanowana, mniej improwizuje, więcej planuje i chłodno ocenia sytuację. Jednak to równie fascynująca postać; stać ją na błyskotliwy żart i ciętą ripostę, a trudny los sieroty i lata pogardy ze strony mężczyzn tylko wzmacniają jej charakter. Wszystko to sprawia, że dziewczyna czuje się równie dobrze w cichym laboratorium co w samym oku cyklonu, błyszczy w eleganckich akademickich dyskusjach, ale na pokładzie przeklętej, targanej bezlitosnym wodnym żywiołem łajby bynajmniej nie dostaje mdłości. Relacja między dwojgiem młodych protagonistów jest żywa i fascynująca jak pierwsze eksperymenty chemiczne w szkole podstawowej, które obudziły nawet ucznia, dotąd na lekcjach jedynie dorysowującego sumiaste wąsy nobliwym naukowcom z podręcznika.

photo.title   photo.title   photo.title

Ukłony w stronę starych fanów są głębokie jak nigdy dotąd, ale połączenie ich z nowymi wątkami bywa w "Zemście Salazara" tak zgrabne, że wciąż chce się zostać na ich okręcie, chłonąc chciwie każdy podmuch wiatru czy odór oddechu nieumarlaka. Krótka retrospekcja, ukazująca młodego Sparrowa, nawet poddana porządnej obróbce CGI zdradza, że Johnny Depp wciąż bezbłędnie kontroluje swoją postać, udając tylko, że dawno odpiął aktorskie wrotki. Z opowieści Salazara wyłania się portret młodego adepta sztuki żeglarskiej – na co dzień pogardzanego i ekscentrycznego dziwaka, który w chwilach kryzysu zdradza marynarski i strategiczny geniusz. Reżyseria Joachima Rønninga i Espena Sandberga daje mu z resztą sporo pola do popisu – w ramach fizyki rzeczy niemożliwych, morskie pirackie regaty sprawiają wrażenie bardziej wiarygodnych niż kiedykolwiek przedtem, w całej serii. Dużo mniej tu umownych manewrów i abordaży, mimo postępującego się morza i dryfowania na dnie oceanu. Jednak wszelkie wysiłki twórców wyswatania "starego" z "nowym" w żadnym wypadku nie zasługują na pogardliwe miano zwykłego "fan serwisu"; wszystko ma tu fabularne uzasadnienie, a gościnne występy starej gwardii mogą, przynajmniej dwukrotnie, wywołać łzy wzruszenia. Inaczej niż w "Nowej Nadziei Redux" twórcy "Zemsty Salazara" nie polegają na amnezji kinofilów – reaktywują podobne poczucie humoru, dynamikę morskiej przygody i pokrętną logikę pirackich sojuszy, jednocześnie doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie da się drugi raz zrobić pierwszego wrażenia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (458 głosów).
Ludwika Mastalerz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie