Recenzja gry Where the Water Tastes Like Wine (2018)

Kwaśne wino

"Where the Water Tastes Like Wine" obiecywało sporo. Podróż przez mity USA niczym u Kerouaca, Sting w roli narratora, ponad 200 historii do opowiedzenia... Wszystko to przepadło jak łzy w deszczu ...
Filmweb sp. z o.o.
"Where the Water Tastes Like Wine" obiecywało sporo. Podróż przez mity USA niczym u Kerouaca, Sting w roli narratora, ponad 200 historii do opowiedzenia... Wszystko to przepadło jak łzy w deszczu w obliczu gry niby ciekawej, ale jednocześnie potwornie topornej.


Nasz bohater nie ma imienia. Jest jakimś nieszczęśliwcem, który przerżnął w karty z humanoidalnym wilkiem. Ten żąda teraz od naszej postaci, by ta zbierała różnorakie historie opowiadane przez ludzi. Tylko w ten sposób będzie mogła uratować swoją duszę. Bierzemy więc worek na kiju, zarzucamy na ramię i wyruszamy hen, daleko, od wschodniego do zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Gra na samym początku może niejasno skojarzyć się z kultowym dziełem "W drodze" Jacka Kerouaca, ale niestety daleko jej do manifestu bitników. Daleko jej zresztą do jakiegokolwiek manifestu, a nawet do porządnej gry. To symulator szwendania się po Stanach, w dodatku powolnego i nierzadko niezrozumiałego.


Przestrzeń w grze jest dość imponująca. Mamy bowiem do przejścia całe Stany Zjednoczone, gdzie będziemy wysłuchiwać tych wszystkich historyjek dla wilka. Jest jednak jeden podstawowy problem z mapką, który skutecznie zniechęca do sesji dłuższej niż kilka minut. Chodzi oczywiście o doznania wizualne. Mapa, czy raczej grafika w grze jest po prostu koszmarnie brzydka. Jakimś cudem twórcy wpadli na pomysł, że świetnie będzie stworzyć trójwymiarową, rozpikselowaną mapę, na której napaćkano niezdarnie szachownice pól przecinane torami kolejowymi czy drogami. Wszystko to wygląda dość koszmarnie i nawet w trakcie krótkiej sesji, skutecznie odrzuca nas od szwendania się po amerykańskich bezdrożach. Co więcej, choć mapa jest relatywnie dokładna, to... nie ma na niej nazw miast! Jeśli nie dostaliście piątki z geografii Stanów Zjednoczonych, będzie Wam ciężko ogarnąć gdzie jest jakie miasto (zwłaszcza że czasem podróżujemy pociągiem) poza Nowym Jorkiem czy Los Angeles. W dodatku nasz bohater porusza się niezwykle powoli. No chyba że akurat przyjdzie mu ochota na gwizdanie. Gdy więc chcemy przejść z jednego stanu do drugiego, czasem trwa to niemal minutę. To minuta, podczas której nic się nie dzieje, poza tym oczywiście, że oglądamy cały czas koszmarnie brzydką mapkę gry.


Głównym zajęciem w grze będzie opowiadanie historii – to one są podstawową walutą. Owszem, potrzebujemy pełnego żołądka, by podróżować, czasem jakichś drobniaków na pociąg (zawsze możemy złapać stopa), ale sercem gry jest narracja i to w sensie dosłownym. Łazimy zatem po różnych rejonach Stanów Zjednoczonych i zbieramy historie, które następnie wzbogacamy poprzez kolejne opowieści. Dzięki kolejnemu opowiadaniu danych historyjek poznajemy kolejne postacie, dowiadujemy się o nich więcej i tak dalej. Wydaje się, że opisanie gry, w której osią jest opowiadanie historii, może być dość trudne. Ale "Where the Water Tastes Like Wine" jest w gruncie rzeczy produkcją o dość prostej mechanice. Wszystko sprowadza się do tego, że musimy patrzeć na mapkę – ikonki na niej powiedzą nam, gdzie gnieżdżą się historie. Idziemy zatem (a raczej pełzniemy, bo postać porusza się bardzo wolno) w danym kierunku, słuchamy opowieści i tym samym dołączamy ją do swojej kolekcji. Staje się ona normalnym "przedmiotem" w ekwipunku, takim, którym możemy potem handlować. Czasem historie mutują – z wesołych stają się smutnymi i na odwrót. Wszystko to z jednego powodu: gdy ktoś chce wysłuchać jakiejś opowieści, a przecież naszym zadaniem jest ich przekazywanie, czasem prosi o konkretny nastrój danej historyjki. Trzeba więc mieć w zanadrzu i wesołe, i ponure, i te melancholijne. Wszystkie opowiadane w grze historie to legendy miejskie i opowiastki rodem z folkloru amerykańskiego, więc paradoksalnie wnoszą one bardzo dużo do dość miałkiej poza tym gry.


Nieznacznym plusem jest ścieżka dźwiękowa. Utworów jest co prawda niewiele, ale wszystkie idealnie pasują do melancholijnej tułaczki przez bezdroża Stanów Zjednoczonych. Dodatkową gratką jest narrator – w tej roli występuje Sting (tak, ten Sting), który gra rzeczonego wilka. Oczywiście nawet i Sting zacznie nieco po jakimś czasie męczyć, gdy znowu będziemy słyszeć wypowiadane w dość ślamazarny i powolny sposób jego losowe kwestie. Szkoda, można było z tym zrobić nieco więcej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Joachim Snoch
ocenia tę grę na:
1 10 5/10 średna