Recenzja filmu Conan Barbarzyńca 3D (2011)
Marcus Nispel

Let me tell you of the days of high adventure!

Ciężko pisać tę recenzję. Zdaję sobie również sprawę, że nie będzie ona oderwana od pierwowzoru Johna Miliusa z 1982 roku, obrazu na pewno lepszego, bardziej wyrazistego i żywszego. Co zawiodło? ...
Filmweb sp. z o.o.
Ciężko pisać tę recenzję. Zdaję sobie również sprawę, że nie będzie ona oderwana od pierwowzoru Johna Miliusa z 1982 roku, obrazu na pewno lepszego, bardziej wyrazistego i żywszego.

Co zawiodło? Twórcy mieli niemal trzydzieści lat, aby stworzyć godnego następce. Niestety, obraz jest skrojony na modłę dzisiejszego przeciętnego odbiorcy, tak jak większość filmów przygodowych czy kina szeroko pojmowanego jako fantasy – mam wrażenie, jakby autorzy wychodzili z założenia: te filmy mają być rozrywką, a poza tym jakieś miecze, jakaś magia – niech będzie głośno, krwiście i cycato. A ja myślę o kinie rozrywkowym lat 80. oraz 90., kiedy to powstawały takie filmy, jak "Terminator 2", "Obcy", "Predator", "Robocop", czy właśnie "Conan Barbarzyńca". Filmy dla wielu osób kultowe, dobrze nakręcone, dopracowane pod względem montażowym i muzycznym 

"Conan 3D" zawodzi na całej linii. Z resztą świata czekałem na godnego następcę, rozochocony grą Jasona Momoa w "Grze o Tron", liczyłem na dobre kino przygodowe, bliskie koncepcji Howarda. Otrzymałem jednak ciężkostrawną i najzwyczajniej nudną pulpę. Nasz Conan łagodnieje z wiekiem – początek filmu to popis Leo Howarda, młodego wilka, który potrafił nadać tytułowej postaci nieco surowego sznytu. Momoa jednak w roli Conana jest mało przekonujący, a może po prostu miałem w głowie obraz wyrywającego krtań, dzikiego Khala Drogo i spodziewałem się chociaż tej namiastki surowości. Walka, lokacja, walka zapychająca, kolejna lokacja, kolejna walka – seans mija sennie. Mimo tego że jest krew, jest brutalnie, to jednak najzwyczajniej w świecie nieciekawie – postacie eksplodują krwią, uderzając o cokolwiek.

Kolejna ważna sprawa – "Conan" Miliusa, chociaż jest obrazem, który nieco się zestarzał, jest jednak doskonale zrealizowany pod względem zdjęć, klimatu i tego specyficznego feelingu (o muzyce nie wspomnę bo nie muszę, jeden z najdoskonalszych muzycznych obrazów). John Milius dobrze oddał Howardowską koncepcję "points of lights" – siedzib ludzkich otoczonych nieznanymi obszarami i różnego rodzaju "wildernessami". W nowym "Conanie" nie ma tego klimatu – galopująca akcja nie pozwala skupić wzroku na czymkolwiek, muzyka gdzieś tam sobie plumka w tle – i jest to również jeden z elementów, o którym trudno cokolwiek napisać – jest wypełniaczem, tak jak wiele scen w tym filmie.

Porównując oba filmy, widać doskonale, że to nie akcja tworzy nastrój – "Conan" sprzed trzydziestu lat ma, równając do dzisiejszych standardów, akcji niemal jak na lekarstwo. Jest jednak sprawnie opowiedzianą historią, pięknie zilustrowaną, a co ważniejsze, robiona jest przez ludzi, którym się chciało – brodatych facetów we flanelowych koszulach w czasach, gdy techniki komputerowe były w powijakach. "Conan" Marcusa Nispela wygląda niechlujnie, pomimo fajerwerków, 3D, cycków i barbarzyńskich wyjców.

Polecam tylko desperatom na głodzie "fantasy", ale wydaje mi się, że i oni będą czuć się zawiedzeni, natomiast fani gatunku westchną i wrócą raczej do "odmóżdżaczy" sprzed parudziesięciu lat.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 59% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)