Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Część I - Mroczne widmo (1999)
Jacek Rozenek
George Lucas

Lucas kontratakuje

Powrót "Mrocznego widma" do kin to znakomita okazja, by zapoznać z "Gwiezdnymi Wojnami" najmłodsze pokolenie kinomanów.
Filmweb sp. z o.o.
George'owi Lucasowi od reżyserskiego talentu zazdroszczę bardziej tylko smykałki do biznesu. Twórca "Gwiezdnych Wojen" jest mistrzem świata i okolic w sprzedawaniu tego samego produktu tuzin razy. Gdy wydawało się, że na półkach sklepów pojawiły się już wszystkie możliwe wydania DVD i Blu-ray kosmicznej sagi, Lucas wpadł na pomysł, by opchnąć dzieło życia w trzech wymiarach.  Na pierwszy ogień idzie "Mroczne widmo", za rok "Atak klonów" i tak dalej aż do 2017 roku.

Bez ściemniania. Pierwsza część serii nie jest wielkim filmem. Wszystkie postaci są jednowymiarowe, co przekłada się na sztywną niczym ostrza mieczy świetlnych grę aktorską. Dialogi brzmią drętwo, a słowne żarty pomagał wymyślać Lucasowi chyba robot kuchenny. Że nie wspomnę o znienawidzonym przez fanów starych "Gwiezdnych Wojen" Jar Jar Binksie –  przypominającym krzyżówkę szczupaka z dwunożnym jamnikiem kosmicie o inteligencji brudu za paznokciem.

"Mroczne widmo" ma mimo wszystko jedną niezaprzeczalną zaletę – jest imponującym widowiskiem za setki milionów dolarów. Jako takie wciąż sprawdza się świetnie. Zwłaszcza że komputerowe efekty – we współczesnym kinie towar z krótką datą ważności – nie zestarzały się ani trochę. Inspirowany "Ben Hurem" wyścig superszybkich rydwanów przyszłości, pojedynki na miecze świetlne, a wreszcie wielowątkowy finał ogląda się z wypiekami na twarzy. Szkoda więc, że "dorobione" do filmu 3D jest tak... płaskie. Możecie właściwie zapomnieć o głębi obrazu, a momenty, gdy z ekranu coś wyskakuje, da się policzyć na palcach jednej ręki. Najbardziej żal mi sekwencji pojedynku między dwoma rycerzami Jedi a czerwonomordym Darthem Maulem.  Byłoby miło przenieść się w inny wymiar, patrząc  na ten wsparty chóralną muzyką Johna Williamsa szermierczy balet.

Powrót "Mrocznego widma" do kin to znakomita okazja, by zapoznać z "Gwiezdnymi Wojnami" najmłodsze pokolenie kinomanów. Pierwszy epizod nie jest tak mroczny i brutalny jak jego następcy. Na ekranie dominują pastelowe kolorki, a większość kosmitów dałoby się z powodzeniem przerobić na przytulanki. Niezrozumiała dla dzieciaków może być tylko rozgrywająca się na drugim planie intryga polityczna – inwazja federacji handlowej oraz kuluarowa walka o fotel kanclerza republiki z pewnością nie są tym, co małe tygrysy lubią najbardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że mądrzy dorośli zdołają wyjaśnić pociechom wszystkie wątpliwości. Bawcie się dobrze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 69% uznało tę recenzję za pomocną (110 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie