Recenzja filmu Katyń – Ostatni świadek (2018)
Piotr Szkopiak

Mały sen

Film Szkopiaka nie zarazi nikogo dziennikarską pasją, nie wywoła też szczególnej zadumy nad losem ofiar. Mamy niby gigantyczną tragedię, mamy atmosferę konspiracji, mamy intrygę "sam przeciw ...
Filmweb sp. z o.o.
Tak wyszło, że w kinie synonimem słowa "Katyń" stało się słowo "Wajda". Nawet jeśli twórca "Popiołu i diamentu" nie był jedynym filmowcem, który poruszył temat zbrodni katyńskiej (wystarczy wspomnieć "Las katyński" Marcela Łozińskiego), nawet jeśli nie wyczerpał tematu - to z pewnością go zmonopolizował. Najmilszą rzeczą, jaką można powiedzieć o filmie Piotra Szkopiaka, jest zatem to, że jego autor nie przestraszył się cienia Mistrza, że postanowił ugryźć temat z innej strony. Czegokolwiek by jednak o "Katyniu" Andrzeja Wajdy nie mówić (niżej podpisany na przykład nie przepada), "Ostatni świadek" i tak wypada gorzej.


Wajda, polski reżyser, osobiście dotknięty przez zbrodnię, opowiadał o zbrodni katyńskiej niejako "od środka". Przyjmował punkt widzenia ofiar - powoli uświadamiających sobie, jaki czeka je los, - oraz ich bliskich, próbujących - już po fakcie - dojść prawdy oraz pogodzić się ze stratą. Mimo przypieczętowanego oscarową nominacją międzynarodowego sukcesu "Katyń" był filmem zrobionym przede wszystkim a) dla siebie i b) dla Polaków. "Ostatni świadek" tymczasem proponuje perspektywę zewnętrzną: to film nie tylko DLA reszty świata, ale i O tym, jak reszta świata się o Katyniu dowiedziała. Za kamerą stanął Szkopiak, wbrew pozorom urodzony w Wielkiej Brytanii, a Robert Więckiewicz i Piotr Stramowski - wbrew plakatowi, gdzie to ich głowy są największe - grają jedynie drugi plan. Więckiewicz jest co prawda tytułowym "ostatnim świadkiem", ale jego rola w fabule jest dość instrumentalna: ot, opowiedzieć swoją historię dziennikarzowi, który poniesie prawdę dalej.

"Ostatni świadek" - film o pogoni za prawdą - nieprzypadkowo przybiera zatem formę opowieści detektywistycznej. Stephen Underwood (Alex Pettyfer), marzący o dziennikarskiej sławie reporter lokalnej bristolskiej gazety, który trafia na trop sprawy "katyńskiej", ma więc na biurku egzemplarz "Wielkiego snu" Chandlera i pozuje na Marlowe’a, nie goląc się oraz łypiąc złowrogo spod swojego kaszkietu. Konwencja kryminału jednak nie do końca się spełnia - i to nie tylko dlatego, że Underwood jest raczej wannabe-detektywem niż tak zwanym "the real deal". Trudno mamić widza sekretem skrywanym przez Michała Łobodę (Więckiewicz), kiedy sekret jest z góry wiadomy. Może dlatego też Szkopiak - inaczej niż Wajda - nie czeka na finał filmu, by dać nam po głowie obuchem prawdy. Walka toczy się tu nie tyle o rozwiązanie zagadki, co o kwestię dalszej dystrybucji informacji. Kryminał spotyka się więc z kinem "szlachetnego dziennikarstwa" w rodzaju "Czwartej władzy" albo "Spotlight".


Niestety "Ostatniemu świadkowidaleko do idealistycznych uniesień, jakie zazwyczaj generują tego typu filmy. Całkiem naturalną reakcją na obejrzenie - dajmy na to - "Wszystkich ludzi prezydenta" jest chęć zostania dziennikarzem śledczym. Film Szkopiaka tymczasem nie zarazi nikogo dziennikarską pasją, nie wywoła też szczególnej zadumy nad losem ofiar. Mamy niby gigantyczną tragedię, mamy atmosferę konspiracji, mamy intrygę "sam przeciw wszystkim" - wszystko jednak podane bez życia, bez przekonania. Łatwo byłoby żartować, że "najdramatyczniejszą" sekwencją filmu jest ta, w której Underwood schodzi do piwnicy i czyta jakieś akta - ale problem nie tkwi w pomyśle, tylko w realizacji. Przecież nie takie rzeczy zmieniały się już na ekranie kinowym w prawdziwe wyzwalacze obgryzania paznokci. Nie tym razem. W "Ostatnim świadku" nie przekonują ani kolejne sceny rozmów z założonymi rękami, ani sztywny Pettyfer, ani sposób przedstawienia czarnego charakteru, który w wolnym czasie (dla frajdy?) ogląda filmową dokumentację zbrodni. Nie przekonują scenariuszowe komplikacje - choćby trójkąt miłosny, w jaki uwikłany jest główny bohater. Nawet to, co faktycznie ciekawe - wątek wyciszenia sprawy przez Anglików; kwestia moralnych szarości międzynarodowej polityki; pytanie, czy szlachetny dziennikarz nie czyni aby więcej szkody - zostaje wypowiedziane, odfajkowane i jakby zapomniane. Żeby nie było: "Ostatni świadek" to przykład kina kompetentnego i z jak najlepszymi intencjami. Jak widać: za mało.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 53% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby