Recenzja filmu Dziecko Rosemary (1968)
Roman Polański

Ma oczy po ojcu

Młode małżeństwo, Rosemary i Guy Woodhouse, wprowadzają się do przestronnego mieszkania w starej, niegdyś owianej złą sławą kamienicy na Manhattanie. Para szybko zaprzyjaźnia się z podstarzałymi ...
Filmweb sp. z o.o.
Młode małżeństwo, Rosemary i Guy Woodhouse, wprowadzają się do przestronnego mieszkania w starej, niegdyś owianej złą sławą kamienicy na Manhattanie. Para szybko zaprzyjaźnia się z podstarzałymi sąsiadami, Minnie i Romanem Castevetami, ludźmi tyle ekscentrycznymi, co niezwykle uczynnymi i przyjaznymi. Rosemary i jej małżonek od dłuższego czasu starają się o potomka, jak na razie bezskutecznie. Wkrótce jednak nieoczekiwanie dziewczyna zachodzi w ciążę. Wraz z nią zaczynają dziać się niepokojące rzeczy: Rosemary dręczą koszmary, w których gwałcona jest przez diabelską istotę, kobieta coraz bardziej podupada także na zdrowiu, co w połączeniu z uciążliwymi bólami powoduje u niej uzasadniony niepokój. Prowadzący ją renomowany ginekolog doktor Sapirstein doradza spokój i zaleca zdezorientowanej przyszłej matce spożywanie tajemniczych koktajli produkcji Minnie, prywatnie jego dobrej znajomej. Z czasem coraz bardziej wyalienowana Rosemary utwierdza się w przekonaniu, że trafiła w sidła satanistycznej sekty rekrutującej się spośród jej najbliższego otoczenia. To, co jest przedmiotem ich zainteresowania, to właśnie jej nienarodzone dziecko...

"Dziecko Rosemary" to film-legenda. I to przynajmniej z kilku istotnych powodów. Obraz, który ostatecznie ugruntował pozycję Romana Polańskiego jako jednego z największych reżyserów kina światowego, to swoiste spełnienie "amerykańskiego snu". Twórca zza "żelaznej kurtyny", noszący piętno dramatycznego dzieciństwa z Holokaustem w tle w przeciągu kilku zaledwie lat odniósł oszałamiający sukces, trafiając na sam szczyt. Idealnie wpisuje się również omawiane dzieło w kontrkulturowe fascynacje dekady, narastające zainteresowanie okultyzmem, które przejawiało się chociażby w przewodzącej obyczajowej rewolucji muzyce popularnej. Grupy w rodzaju The Rolling Stones czy Led Zeppelin jawnie w tym okresie wskazywały na inspiracje satanizmem czy postaciami takimi, jak "najgorszy człowiek XX wieku" Aleister Crowley. U Polańskiego okrutni wyznawcy Księcia Ciemności przybierają postać grupy nieszkodliwych z pozoru, co najwyżej lekko zdziwaczałych staruszków. W mistrzowsko zrealizowanym finale, który przeszedł do historii kina, przyjście na świat Antychrysta połączone jest z niewinnym popołudniowym popijaniem herbaty. Świat wywraca się do góry nogami i już nawet oszołomiona bohaterka nie jest pewna swoich odczuć i osądu sytuacji. Jest czerwiec 1966 roku, narodził się syn Szatana. Tylko tyle i aż tyle...

"Dziecko Rosemary" zapoczątkowało w kinie modę na horrory satanistyczne, pociągając za sobą takie tytuły, jak "Egzorcysta" czy "Omen". Żadnemu jednak z naśladowców nie udało się dorównać majstersztykowi spod ręki reżysera "Chinatown". Na początku była książka Iry Levina, która jednak sama w sobie nie zyskałaby zapewne ani większego rozgłosu, ani wyjątkowego statusu, które stały się udziałem jej ekranizacji. Ta zaś perfekcyjnie znalazła się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Brylujący w owym czasie na salonach młody reżyser z Polski w swym przewrotnym dreszczowcu (który przez wielu interpretowany był jako majaki popadającej w paranoje niewiasty "przy nadziei") jednocześnie kapitalnie wzbudza w widzu lęk, jak i dyskretnie oswaja go z nieznanym. Jak to mawiają: "nie taki diabeł straszny...". Do ciekawostek zaliczyć należy fakt, że na planie pojawił się sam założyciel Kościoła Szatana, Anton Sandor LaVey, który wcielił się w Lucyfera z sennego koszmaru Rosemary. To właśnie "po nim" ma oczy płaczący w kołysce berbeć.

Jak chcą niektórzy, to właśnie konszachty ze Złym ściągnąć miały rok później na reżysera tragedię w postaci śmierci jego żony Sharon Tate w rąk "rodziny Mansona". Hipoteza posunięta dosyć daleko, nadająca się do przedstawienia całkiem serio co najwyżej na kościelnej ambonie. Nie ulega jednak wątpliwości, że gdzieś tam ciąży na "Dziecku..." opinia dzieła otoczonego, nazwijmy to, złą aurą, co zawsze przydaje pikanterii przy okazji odbioru danej pozycji.

Film, o którego powstaniu spokojnie można... kręcić filmy. Świetnie zagrany (Oscar dla Ruth Gordon za rolę Minnie Castevet, nominacje do kilku prestiżowych nagród dla Mii Farrow), precyzyjnie sfotografowany i zmontowany. I opatrzony niezapomnianym, pięknym motywem muzycznym Krzysztofa Komedy. Tak się tworzy historię.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (90 głosów).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)