Recenzja filmu Szybcy i wściekli: Tokio Drift (2006)
Justin Lin

Machismo rapido

"Szybcy i wściekli" zostali totalnie odświeżeni. Zupełnie nowa obsada, nowe samochody, obcy kraj i nowatorska dyscyplina sportu. Nadal oczywiście jeździmy samochodami, ale już nie na 1/4 mili, a ...
Filmweb sp. z o.o.
"Szybcy i wściekli" zostali totalnie odświeżeni. Zupełnie nowa obsada, nowe samochody, obcy kraj i nowatorska dyscyplina sportu. Nadal oczywiście jeździmy samochodami, ale już nie na 1/4 mili, a na dłuższym dystansie karkołomnego driftingu.

Drifting to w dużym uproszczeniu jazda bokiem. Dyscyplina, która wywodzi się właśnie z Kraju Kwitnącej Wiśni. Cała zabawa polega tym, by wprowadzić samochód w kontrolowany poślizg, tak by w trakcie skręcania tył jak najbardziej dogonił przód auta.

Historia jest prosta jak budowa cepa, dialogi jak wycięte z pism dla nastolatek, a wszelkie niesamochodowe sceny wieją nudą. Szkielet scenariusza opiera się na chłopaku z niższej klasy średniej, który nieprzystosowany do życia w społeczeństwie musi wyjechać do obcego kraju. Tam wychowywany przez twardego ojca wkracza w świat nielegalnych wyścigów i zakochuje się w niewłaściwej kobiecie.

Na całe szczęście, gdy kończy się paplanina, silniki idą w ruch i zaczyna się prawdziwa zabawa. Dostajemy naprawdę "wypasione fury", które wyglądają, jakby właśnie wyjechały z emisji programu MTV "Pimp my Ride" i "gorące laseczki" z azjatyckiej wersji magazynu "Perwersyjne Piętnastolatki". Wizualnie jest więc naprawdę nieźle. Mało tego. O wygląd śmigających autek dbały najlepsze komputery, a za kierownicą zasiedli najwięksi mistrzowie driftingu, z ojcem tej dyscypliny Keiichim Tsuchiyą na czele. Sam Tsuchiya zresztą pojawia się w kilku scenach, komentując jazdę młodych rajdowców.

Czy film wykonał swoje zadanie rozgrzania młodzieńców z burzą hormonów? Pewnie! Testosteron kipiał nie tylko ekranu, ale także z widowni i to nawet po samej projekcji. Gdy opuszczałem kino, aż strach było wejść na jezdnię i stojący przy kinie piętrowy parking. Maszyny ostro buzowały. I nieważne, że większość z nich to seryjne maleństwa. Grunt, że mamy swoje cztery kółka.

Co więcej, kończący film komunikat "Dzieci, nie róbcie tego w domu" tylko zachęcił młodzież do jeszcze większego szaleństwa. Dość powiedzieć, że spora grupa młodzieży zaraz po wieczornym wyjściu z kina zjawiła się na ogromnym, pustym parkingu pod jednym z pobliskich hipermarketów. Ku przestrodze trzeba przyznać, że policja też tam była. Niemniej jednak, film odniósł zamierzony efekt i tak właśnie być powinno.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 65% uznało tę recenzję za pomocną (63 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)