Recenzja filmu Syn Królowej Śniegu (2017)
Robert Wichrowski

Matka-szmatka i inne bajki

Punkt wyjścia "Syn Królowej Śniegu" nie jest zbyt oryginalny, za to bardzo skuteczny. To sięganie po baśniową formę, by w sugestywny emocjonalnie sposób opowiedzieć o okrutnych doświadczeniach, ...
Filmweb sp. z o.o.
Pomysł stanowi połowę sukcesu każdego filmu. Jak jednak pokazuje przykład "Syna Królowej Śniegu", nie wystarcza on, by stworzyć udane czy chociażby przyzwoite dzieło. Potrzebna jest konkretyzacja pierwotnego zamysłu, a następnie konsekwentna jego realizacja. Tego w obrazie Roberta Wichrowskiego zabrakło.

photo.title

Punkt wyjścia "Syna Królowej Śniegu" nie jest zbyt oryginalny, za to bardzo skuteczny. To sięganie po baśniową formę, by w sugestywny emocjonalnie sposób opowiedzieć o okrutnych doświadczeniach, które wymykają się zrozumieniu. Tak robili Terry Gilliam w "Krainie traw", Benh Zeitlin w "Bestiach z południowych krain", Spike Jonze w "Gdzie mieszkają dzikie stwory", J.A. Bayona w "Siedmiu minutach po północy" i wielu innych twórców. Wichrowski i współscenarzysta Paweł Sala mieli więc z czego czerpać inspiracje. Niestety, poprzestali wyłącznie na pomyśle baśniowej formy, bez zastanowienia się, dlaczego chcą z niej skorzystać i co zamierzają w ten sposób osiągnąć.

Podczas seansu "Syna Królowej Śniegu" widz szybko się orientuje, że Marcin (Maciej Bożek) – dziecięcy bohater filmu – może i jest uwzględniony w tytule, ale jego rola w opowieści jest marginalna. Twórcy poświęcają mu równie mało czasu, co jego matka, Anna (Michalina Olszańska). To nie jego oczami spoglądamy na świat. Pełni on w filmie funkcję przedmiotową. Jest wyłącznie katalizatorem toksycznych emocji Anny. Ta z kolei jest topornie ciosanym stereotypem wyrodnej matki. Zdaje się być zła tylko dlatego, że jest młoda, ładna i sfrustrowana. Jej zachowanie nie ma nawet pozorów prawdziwości. Bliżej mu do mechanicznej ekranizacji podręcznika psychopatii: twórcy prezentują kolejne punkty z długiej listy objawów, bez próby zrozumienia, co znaczą one w tym konkretnym przypadku.

Forma baśniowej przypowieści, którą inni filmowcy wykorzystywali, by pomóc zrozumieć widzom mroczne aspekty świata i ludzkiej natury, tu są jedynie estetycznym dodatkiem. Ani reżyser, ani scenarzysta nie próbują nawet wniknąć w głąb motywacji bohaterów. Co gorsza, nie potrafią też w przekonujący sposób zaprezentować podstawowych mechanizmów; choćby tego, w jaki sposób bohaterka była w stanie owinąć sobie wokół palca dwóch mężczyzn. Niczym wszystko inne w tym filmie - to się po prostu dzieje, samo z siebie, bez jakiejkolwiek refleksji ze strony reżysera.

photo.title

Ta twórcza nieudolność najbardziej niekorzystnie odbija się na grze aktorskiej Michaliny Olszańskiej. Jest w filmie kilka scen, w których widać, że bardzo stara się ona nadać głębię swojej postaci. Tyle tylko, że wypada to groteskowo i sztucznie. Ale jak może być inaczej, skoro najwyraźniej tylko aktorkę interesowało, by młoda matka była kimś więcej niż byle zdemoralizowaną jednostką, której poświęci się dwie minuty w wieczornych informacjach, serwując widzom frazesy i przykuwające uwagę etykietki.

Miałkość intelektualną i emocjonalną do pewnego stopnia kompensują przyjemne dla oka i ucha zdjęcia oraz muzyka. Nie sądzę jednak, by znalazło się zbyt wielu widzów, których to zadowoli.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie